Skocz do zawartości

Feed


Wujek Wójcik

Rekomendowane odpowiedzi

  • 3 tygodnie później...
13 minut temu, Szabla napisał(a):

Quenneville z 1000 zwyciestwem jako trener. Przed nim tylko Scoty Bowmann, ale droga do niego dluga jak z Anaheim do Montrealu, lub z Sunrise/Miami do Vancouver.

Rekord goli też się parę lat temu wydawał odległy. Anaheim powinni rosnąć jako zespół przez następne lata, a "Coach Q" jeszcze taki stary nie jest haha. Trzeba przyznać, że świetną robotę tam robi.

Leo Carlsson wyrasta na jednego z moich ligowych ulubieńców. 

...

Btw, Crosby co najmniej miesiąc poza grą.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 2 tygodnie później...

Cisza w temacie, to napiszę krótko po fakcie. John Carlson w Anaheim. Tym samym zostało w Waszyngtonie tylko dwoch wygranych z 2018 roku. Wilson i Ovi. Cała reszta przyszła po zdobyciu Pucharu Stanleya

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Buffalo, znowu wygrana, ale ja nie o tym.

Celebrini to niezły dzik. Strzelił gola (a jakże), i jest 3cim w historii nastolatkiem, ktory osiagnął 90 pkt w jak najmniejszej ilości meczów. 

Crosby potrzebował 54, Gretzky 56 meczów (jakieś ślimacze tempo miał 😉 ). Macklin potrzebowal na to 62 mecze.

Zapisuje się w historii na naszych oczach.  

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Chciałem Wam tylko powiedzieć, że ten sezon jest jednym z najfajniejszych od lat. Sam wróciłem do oglądania NHL niemal dekadę temu. Zaczęło się od „wkręcenia się” w San Jose Sharks oraz postaci Burnsa, Pavelskiego i Thorntona – najpierw ich przegrany bój z Pens, później kolejny sezon śledzony z doskoku. Z czasem coraz bardziej zakochiwałem się w lidze. Kolejny punkt to trzymanie kciuków za Capitals w finale z Vegas. Momentem, w którym wsiąkłem już na całego, był wielki comeback St. Louis Blues w 2019 roku – ich play-offy pełne dramaturgii i meczów numer siedem. Moja droga do organizacji wesela i ślub przeplatały się z ich pojedynkami i w końcu, po wielkiej nerwówce, przyszła wygrana (ich i moja ;)).
Każdy fan potrzebuje bohatera, więc pojawili się i u mnie: Ryan O'Reilly (do dziś mój ulubiony gracz), Marchand jako nemesis, którego nie cierpiałem, a dziś dostrzegam, że takie postaci tworzą historię wielkich lig, czy Ovi i Sid. Do tego McDavid – najlepszy gracz w historii bez tytułu. Tak to rosło i rosło. Pojawiły się nowe teamy, którym wcześniej nie kibicowałem: Rangers i moja faza na nich, ekipy z Kalifornii i wspomniani wcześniej Blues.
Aktualny sezon jest pod tym względem wyjątkowo ciekawy. Mam na myśli bohaterów – pojawiają się nowi: Celebrini (co on gra!), Bedard czy bracia Hughes. Jedni „villains” odchodzą w cień (jak „Szczur” Marchand), a w ich miejsce pojawiają się nowi z papierami na ikony, jak Tkachuk. Są dramaty i piękne momenty. W tym sezonie niektóre drużyny wracają też z otchłani niebytu – i nie myślę tylko o Sabres, których ogląda się świetnie, ale też o Canadiens (jako legenda ligi dawno nie wyglądali tak dobrze), Islanders czy Red Wings. Martwi trochę poziom dywizji Pacific, ale i tam zdarzają się świetne mecze i nie ma wrażenia, że ktoś odpuszcza.
Widzę po sobie, że przez dekadę zmieniłem się jako kibic. Na wiele spraw patrzę inaczej. Doceniam organizacje nie tylko za logo i wyniki, ale za kulturę wokół nich – to, jak radzą sobie z kryzysami i jaki mają fanbase. Jakiś czas temu powiedziałem do kumpla (jako fan Lakers od końca lat 90.): „Mężczyzna dojrzewa, kiedy przestaje kibicować Lakers” (to oczywiście temat na osobną rozprawkę). Jako kibic Rangers mam wrażenie, że są oni odpowiednikami Lakers, tyle że „gorszego sortu”, bo nie zdobyli tytułu od 30 lat. Dawno nie miałem tak dość tej organizacji i tego, co odwalają władze – do tego ten klimat „cyrku dla bogaczy” w Madison Square Garden.
Umówmy się – mam jobla na punkcie Nowego Jorku. Byłem tam raz, wiem, ile to miasto ma wad, ale zawsze czuję się nowojorczykiem (kiedy mój syn mówi, że jak Spider-Man chce mieszkać w Nowym Jorku, to tylko się raduję, mój album który jakiś czas temu wrzucałem na podstronie o rapie nazwa; Brooklyn Brando;) przypadek?). Jednak podejście do sportu w tej metropolii zaczyna się rozjeżdżać z moim. Dlatego doceniam Isles, których kultura kojarzy mi się z randką z dziewczyną z sąsiedztwa – nawet jak nie wyjdzie, to przynajmniej nie udajecie insta-celebrytów.
Szukam teamów, gdzie jest vibe braterstwa bez szopki. Tak, wiem, szopka to słowo-klucz w Ameryce, ale sport traktuję jako mentalną ucieczkę od „everyday struggle”. To dla mnie mitologia naszych czasów, mój Marvel, gdzie mam swoich ludzi i drużyny. Szukam więc nowych ekip, niekoniecznie będąc „bandwagoniarzem”, bo z reguły kibicuję underdogom. Podsumowując: ten sezon jest dojeb#ny. Nie kibicujcie Rangers, mega polubiłem Boston Bruins. Pozdro!
ps. sorry stęskniłem się za wami, a klimat na świecie jakoś mnie wkurwia...
 
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Wujek Wójcik napisał(a):

Jedni „villains” odchodzą w cień (jak „Szczur” Marchand), a w ich miejsce pojawiają się nowi z papierami na ikony, jak Tkachuk.

Lubie ich. Lubie takich graczy jak Marchand, Tkachuk, czy Wilson. Bad boys, ktorzy oprocz brudnych zagran maja do pokazania tez czysty, piekny hokej.

A propos Marchanda. Jego dysyans do siebie i bycie spoko gosciem poza lodowiskiem. Piekny przyklad dystansu, to zdjecie z kibicami z wymalowana katukatura Marchy'ego (jako szczura), a on stoi przy tym i sie usmiecha pozujac do zdjecia. Dzialalnosc pozahokejowa tez nie jest mu obca np. wizyty w szpitalach itp. 

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

W Edmonton żałoba po kontuzji Niemca. Oglądałem od końcówki 2 tercji. Absolutny dramat. Zespół się rozsypał. Pantery cofnely się do defensywy, ale praktycznie przez chwilę nie byli zagrożeni czy zamknięci do desperackiej obrony. Narciarze wyglądali jakby grali na kacu, tyle razy im odskoczył krążek przy zwykłych podaniach to wyglądało wręcz dramatycznie. 

Przy takiej grze zaraz mogą/ powinni wypaść po za top3 zdecydowanie najgorszej dywizji NHL w tym sezonie. Niewielkim pocieszeniem, że równie kiepsko ostatnio wyglądają VGK. Kings wzmocnienie Panarinem i wracającym do formy Kopitarem mogą zaliczyć solidna końcówkę sezonu. Reszta zespołów tej dywizji jest po prostu bardzo słaba, ale to tylko może uratować tak grających Oilers.

Trochę sytuacja McDavida może być analogiczna do sytuacji Janissa w Bucka, choć tam po dzisiejszym meczu z czwartym składem Jazz, jest już nie tyle dorzynanie swinii co raczej przykra stypa.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.