Skocz do zawartości
Dnc

Szósty gracz?

Rekomendowane odpowiedzi

Obecnie dzieli ich ponad 2500 mil, ponieważ obaj zdecydowali się na studia w USA, ale w jakże odległych od siebie stanach Washington i Virginia. Grają w innych Konferencjach, ich kampusy znajdują się w Spokane i w Lynchburgu. Łączy ich natomiast coś więcej, a koszykówka schodzi na dalszy plan w relacjach ludzkich, szczególnie tych męskich.

Tomek Gielo i Przemek Karnowski przechodzą do historii w tak młodym wieku. Jeszcze nigdy w wielkim Turnieju NCAA nie zagrało dwóch Polaków, dlatego z tej okazji warto przybliżyć ich sylwetki i przejść przez krótką opowieść o dwóch kumplach, którzy znają się jeszcze z kadr młodzieżowych.

W pewnym momencie kojarzyliśmy niemal wszystkich. Pontika, Karnowski, Niedźwiedzki, Gielo, Grochowski. „Chłopaki Szambelana”, czyli iście utalentowany rocznik 1993, który pod wodzą Jerzego Szambelana wysunął postulat najpierw na Mistrzostwach Europy do lat 16, gdzie Polska zajęła czwarte miejsce. Jednak to rok 2010 i Mistrzostwa Świata do lat 17 w Hamburgu wyniosły ich na piedestał, kiedy odnieśli największy sukces w historii polskiej koszykówki młodzieżowej. Zdobyli srebro, przegrywając ostatecznie w finale z Amerykanami, a Ponitka i Karnowski załapali się do najlepszej piątki turnieju.

Na imprezie w Hamburgu roiło się od skautów NCAA, przedstawicieli NBA, trenerów z mocnych lig europejskich. To wtedy Przemek Karnowski został zauważony przez drugiego trenera Gonzagi, a Tomek Gielo przed wakacjami 2011 podpisał list intencyjny z uczelnią Liberty Flames.

To był gorący okres we Wrocławiu (aczkolwiek wtedy padało), kiedy podczas Mistrzostw Europy do lat 18 rezydowaliśmy z Maćkiem Kwiatkowskim w moim rodzinnym mieście. W zasadzie to on rezydował u mnie, ale czas spędzany od 13-tej do 22-giej na Hali Orbita był całkiem przyjemny, szczególnie kiedy widzieliśmy naszą kadrę idącą teoretycznie po swoje, po zasłużone złoto. Skończyło się jednak na szóstym miejscu, a pompowany balonik pękł w ćwierćfinale z Włochami, którzy grali bez kontuzjowanego Amadeo Della Valle (obecnie uczelnia Ohio State). Dzień po tym meczu wracałem z mega dobrego cateringu (to był chyba bigos za psie pieniądze – o dziwo świeży) i minąłem dwóch wysokich bohaterów naszego artykułu. Zbiliśmy beczki, odzywali się do mnie na „Pan”. Czułem, że mam nagle 50 lat i ważę jakieś 200 kilo. Zapytałem się o mecz z Włochami. Ze smutnymi oczami powiedzieli, że „jakoś nie wyszło”. Pogadaliśmy chwilę, spropsowali wówczas za czytanie Zawsze Po Pierwsze. To tyle…

O ile pochodzący ze Szczecina Tomek Gielo był już jedną nogą w USA, o tyle Przemek Karnowski rozegrał jeden sezon w Siarce Tarnobrzeg na zasadach stypendium i dlatego mógł starać się o grę w NCAA. Ostatecznie wybrał Gonzagę, która rekrutowała go bardzo mocno i była najbardziej lojalna wobec jego osoby.

W międzyczasie Gielo był po swoim pierwszym sezonie w Liberty, który rozpoczął od kontuzji. Przed startem rozgrywek 2011/12 nasz skrzydłowy zwichnął na treningu prawy łokieć, pauzował niemal sześć tygodni i zadebiutował dopiero 17 grudnia 2011 roku przeciwko Hampton (9 punktów w 27 minut). Po kilku spotkaniach coach Dale Layer zaczął wystawiać go w pierwszej piątce. Tomek miał być swego rodzaju jokerem, mogącym grać na pozycjach 3-4, a motoryką i sporym zasięgiem ramion gwarantował bloki i zbiórki. Swoimi wrażeniami podczas pierwszego sezonu w NCAA dzielił się na łamach bloga podpiętego pod stronę CollegeHoops.pl, którego prowadził. Obecnie znajdziecie tam highlighty Przemka i Tomka po dobrej robocie Krzyśka Kosidowskiego.

Jak na ironię, przy starcie drugiego sezonu ponownie pauzował, tym razem przez dwa tygodnie z powodu kontuzji mięśnia lędźwiowego. Po powrocie Layer korzystał z jego usług ostrożnie. Tomek miał wzloty i upadki, ale formę ustabilizował jako szósty gracz w rotacji. Jego dynamiczne wejścia z ławki, szczególnie w końcówce sezonu, były dla Liberty takim małym boostem. Polak grał skuteczniej, walczył dzielnie na tablicach i pomagał w rotacjach defensywnych. Mimo wszystko Flames przegrali aż 20 spotkań w sezonie regularnym i z ujemnym bilansem przystąpili do turnieju wewnętrznego Konferencji Big South. Sprawili niesamowitą sensację i wygrali Big South Tournament, stając się jedną z nielicznych drużyn w historii, które awansowały do wielkiego NCAA Tournament z dwudziestoma porażkami na koncie.

To był naprawdę udany sezon, drugi dla Tomka Gielo, z którym miałem okazję porozmawiać na Twarzoksiążce. Równie udany sezon regularny miał Przemek Karnowski, który w swoim pierwszym roku dostawał minuty w jednej z najlepszych drużyn w kraju. Pamiętamy jego świetny debiut w listopadzie, nie zapominamy o pierwszym meczu w podstawowej piątce i o tym, że Gonzaga z bilansem 16-0 (ogólnie 31-2) zaliczyła perfekcyjny sezon w Konferencji WCC, wygrywając również WCC Tournament. Docenili to dziennikarze agencji Associated Press, którzy od dwóch tygodni plasują Gonzagę na pierwszym miejscu prestiżowego rankingu Top 25 AP. To naprawdę „The Real Deal”, najlepszy skład w historii coacha Marka Few, który już jest legendą małej mieściny w Spokane, żyjącej przecież koszykówką, o której Przemek wypowiadał się w samych superlatywach.

Dokąd zmierzają Bulldogs? Kierunek jest jeden – Final Four w Atlancie, bo w składzie z Kellym Olynykiem, Kevinem Pangosem i Eliasem Harrisem coach Few ma szansę na wielki sukces, największy w historii małej katolickiej uczelni ze stanu Washington. Swoją cegiełką dokłada debiutant z Torunia, który ma w zanadrzu 216 cm i dobre 125 kg. Nie wiemy czy Few pozwoli mu na wiele w NCAA Tournament, ale tak cenne doświadczenie powinno zaprocentować w przyszłym roku, kiedy Big Karn będzie być może podstawowym centrem Gonzagi…

Po koszykarskich perypetiach w USA wróćmy kilka lat wstecz do udziałów nie tylko w kadrach młodzieżowych. Karnowski i Gielo znają się ze wspólnych występów dla Katarzynki Toruń i rocznej gry w SMS Cetniewo. Szczególnie miło wspomina ten czas Tomek, który jest obecnie w stałym kontakcie z Przemkiem i mówi przede wszystkim o dobrych relacjach między nimi.

Oczywiście, że się kumplujemy, w końcu razem nawet graliśmy w Katarzynce Toruń pod wodzą taty Przemka – Trenera Bonifacego Karnowskiego. Nasza przyjaźń jest dość specyficzna, gdyż mimo tego, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, gdy spytasz kogokolwiek z drużyn, w których obaj graliśmy, na kogo najczęściej Przemek się wkurzał? Najczęstszą odpowiedzią będzie moja osoba. Oczywiście nie chodzi tu o żadne kłótnie, ani nic takiego, lecz wiąże się z tym, że z niewiadomych mi przyczyn żartowanie z Karniego przychodzi mi o wiele łatwiej niż z kogokolwiek innego (śmiech). Obaj mamy podobne poczucie humoru, więc zarówno podczas kadrowych zgrupowań, czy też podczas wspólnego roku w SMS-ie Cetniewo byliśmy świadkami wielu śmiesznych sytuacji. Sam najmilej wspominam czas, gdy razem wyjeżdżaliśmy na mecze do Torunia i zdobyliśmy brązowy medal Mistrzostw Polski U18 z Katarzynką. Nawet teraz, gdy obaj jesteśmy w USA, staramy się utrzymywać kontakt. Oczywiście mamy swoje nr telefonu, jednak studia i treningi oraz różnice czasowe między wschodnim i zachodnim wybrzeżem nieco utrudniają nam znalezienie wspólnego czasu, by się zdzwonić i pogadać. Kto wie, może za tydzień przyjdzie nam porozmawiać w cztery oczy przed meczem Gonzaga-Liberty?

No właśnie. Liberty to ekipa, która ma zapewniony awans do NCAA Tournament, ale dysponująca również ujemnym bilansem (15-20), zagra raczej w tzw. rundzie First Four, po której dopiero wchodzi do pełnego grona 64 ekip Turnieju. Być może trafi w drugiej rundzie właśnie na Gonzagę, która może liczyć na pierwszy seed w regionie, aczkolwiek Joe Lunardi z ESPN na dzień dzisiejszy typuje, że Liberty będą mogli zagrać np. z Indianą. Więcej dowiemy się w niedzielę podczas Selection Sunday.

Tomek Gielo wie swoje, ale podobnie o swoim kumplu myśli Przemek Karnowski, który także z uśmiechem na twarzy wspomina czasy juniorskie i nie tylko…

Tak szczerze to mogę powiedzieć, że to Tomek ze mnie najbardziej żartował, ale z biegiem lat się do tego przyzwyczajałem (śmiech). Graliśmy każdego lata w kadrach młodzieżowych, ale okres w którym chyba się najbardziej zżyliśmy to rok w Cetniewie. Poza tym z Tomkiem graliśmy wtedy również w drużynie w moim rodzinnym mieście w Toruniu, podróżowaliśmy na mecze. Tomek poznał tez moich przyjaciół w Toruniu i wiem, że nawet do teraz ma z nimi kontakt. Nadal utrzymujemy kontakt ze sobą w Stanach, ale jest to trudne, bo różnica czasowa między Wschodnim a Zachodnim wybrzeżem jest spora, a tutaj prawie całe dnie spędza się na zajęciach lub na sali.

To były udane sezony dla dwóch z czterech Polaków reprezentujących nasz kraj w Division I. Karol Gruszecki z Texas-Arlington zakończył studia i w seniorskim sezonie był podporą Mavericks. Jakub Kuśmieruk z Idaho State sporo pauzował z powodu urazów. Z kolei Gielo i Karnowski wspólnie zatańczą podczas March Madness i o ile Liberty Flames mogą odpaść w First Four lub w drugiej rundzie, o tyle Gonzaga Bulldogs będą walczyć o mistrzostwo.

W tym momencie nie życzę im tylko sukcesów. Życzę im przede wszystkim wspólnej potyczki, aby dwaj kumple z dwóch krańców Stanów mogli się spotkać na obczyźnie i pogadać. Powspominać dawne czasy i dalej wspierać się w trudach amerykańskiej koszykówki akademickiej i nie tylko.

Może za kilka lat znowu połączą siły, tym razem w seniorskiej kadrze? Możemy gdybać, ale doceńmy również to, że w niektórych przypadkach koszykówka nie jest najważniejsza.

Przemku, Tomku – dzięki za szybką podróż po Stanach, dzięki za koszykarskie emocje, dzięki za „paryskie getto” we Wrocławiu.

Pozdrawiam serdecznie,

Ambasador C…

 

- - - Updated - - -

 

Co roku w okresie wakacyjnym sporo słyszymy o różnych mniej lub bardziej poważnych problemach z prawem zawodników NBA, ale też i trenerów czy managerów. To już stały punkt offseason i teraz nie jest inaczej - Michael Beasley po raz kolejny przyłapany na paleniu marihuany, trener Mike Budenholzer aresztowany za jazdę po pijaku, asystent trenera Bobcats bijący się w barze i przede wszystkim smutna historia Lamara Odoma. A teraz wyobraźmy sobie, że podobne sprawy mają miejsce w trakcie sezonu i w dodatku w jednej drużynie… Nie, nie musimy sobie tego wyprażać, wystarczy, że przypomnimy zespół Jail Blazers.

Już w połowie lat 90-tych niektórzy dziennikarze zaczęli mówić o drużynie z Portland używając określenia „Jail Blazers”, ze względu na problemy z prawem ich zawodników. Ale ta nazwa naprawdę nabrała znaczenia w połowie lat 2000-nych, kiedy co chwilę pojawiały się doniesienia o pozaboiskowych kłopotach zawodników ze stanu Oregon.

Jeszcze w 2000 roku Blazers byli jednym z głównych kandydatów do tytułu i ostatecznie przegrali finał konferencji z Lakers dopiero po siedmiu meczach. Rok później chcieli się zrewanżować, ale starzejący się Scottie Pippen, Arvydas Sabonis, Steve Smith i Detlef Shrempf nie byli już w stanie zagrozić obrońcom tytułu. W 2001 w pierwszej rundzie zostali pokonani do zera przez Lakers i to był początek końca tamtych Blazers. W kolejnym sezonie trenera Mike’a Dunleavy’ego zastąpił Maurice Cheeks, pierwszoplanową rolę w zespole zaczęli odgrywać młodzi zawodnicy i zaczęły się też pojawiać problemy pozaboiskowe, które z każdym rokiem stawały się coraz bardziej uciążliwe.

W tamtym okresie wyjątkiem w Portland byli zawodnicy, którzy nie zostali przyłapani na posiadaniu lub paleniu marihuany. Z czasem doniesienia o tego typu wykroczeniach nie były już żadnym wydarzeniem. Największe problemy miał z tym rozgrywający Damon Stoudamire, którego za posiadanie marihuany aresztowano trzykrotnie. Między innymi w czasie sezonu 2003/04, kiedy po meczu z Seattle razem z Rasheedem Wallace’m byli pasażerami samochodu, który zatrzymano za przekroczenie prędkości, a później znaleziono w nim marihuanę. Później na lotniku w Arizonie, Damon próbował przejść przez bramki mając zapakowaną marihuanę w aluminiową folię. Nie udało się. Został zatrzymany i zawieszony przez Blazers, którzy nawet zaczęli szukać sposobu, aby na tej podstawie unieważnić jego wysoki kontrakt (zarabiał wówczas ponad $12mln rocznie). Ostatecznie do tego nie doszło, ale też Stoudamire wyciągnął wnioski i w końcu udał się na leczenie.

Również dobrze znany z naszych polskich parkietów Qyntel Woods został zatrzymany za przekroczenie prędkości, kiedy policjant wyczuł w jego samochodzie marihuanę. Później próbował wylegitymować zawodnika Blazers, ale nie miał on przy sobie żadnego dokumentu. W tej sytuacji Woods wpadł na genialny pomysł i jako dokument tożsamości pokazał kolekcjonerską kartę NBA ze swoim wizerunkiem.

Z trawką problem mieli też wspomniany już Sheed, Zach Randolph, Darius Miles czy Ruben Patterson i z pewnością nie jest to pełna lista. Tymczasem Shawn Kemp to dużo poważniejszy przypadek. Przybył do Portland w 2000 roku, będąc już tym grubym, ‚polokautowym’ Kempem, natomiast sezon 2000/01 zakończył na odwyku, walcząc z uzależnieniem od kokainy.

Ale wróćmy jeszcze do Woodsa. W sezonie 2004/05 został uznany winnym okrucieństwa wobec zwierząt. W domu organizował walki psów z udziałem swojego pitbulla. Został skazany na 12 miesięcy dozoru sądowego i 80 godzin prac publicznych, skonfiskowano mu psy, a do tego zgodził się wpłacić $10 tysięcy na cele charytatywne. To jednak nie był jedyny efekt tej sprawy. Blazers zawiesili go jeszcze przed startem sezonu, kiedy postawiono mu zarzuty, a później zwolnili, gdy zapadł wyrok skazujący.

Derek Anderson w tamtych Blazers był jednym z grzeczniejszych chłopców i nie pojawiał się co chwilę w rubrykach kryminalnych. Dopiero w 2011 wszyscy wspomnieli jego czasy z Jail Blazers, kiedy jego nazwisko pojawiło się w sprawie o handel kokainą. Jeden z oskarżonych miał wskazywać go jako osobę zapewniającą finansowanie tego przedsięwzięcia. Natomiast w czasie pobyt Andersona w Portland pojawiły się kontrowersje znacznie mniejszego kalibru. W czasie sezonu 2004/05 opuścił jedno ze spotkań z powodu „bólu zęba”, jak oficjalnie widniało to w raporcie meczowym. Jednak w czasie gdy jego koledzy biegali po parkiecie, on był widziany w samochodzie podjeżdżając do McDrive’a.

To był kolejny przejaw ‚profesjonalizmu’ zawodników tej drużyny, ale jak na Jail Blazers, taki wybryk to było właściwie nic. Znacznie poważniejszym problemem były relacje niektórych zawodników z trenerem. W 2005 podczas sesji filmowej drużyny, Darius Miles obraził Cheeksa nazywając go „Nigger”, za co został zawieszony na dwa mecze. Tymczasem najpoważniej iskrzyło na linii Mo Cheeks – Bonzi Wells. W 2003 publicznie nawyzywał trenera, który posadził go na ławkę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Również dziękuję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Poznaliśmy go nieco dokładniej podczas Nike Hoop Summit 2013, kiedy w Portland młoda kadra USA zmierzyła się z resztą utalentowanych zawodników, tych najlepszych ze światowej czołówki. Dante Exum pokazał jednak pełen wachlarz możliwości na Mistrzostwach Świata do lat 19-tu, które odbyły się na przełomie czerwca i lipca w Pradze.


Pomijając już fakt, że miałem tam być, ale żona obdarzyła mnie piękną córką, to koszykarski światek oszalał na punkcie nastolatka z Australii. Exum na MŚ U-19 był jednym z pięciu najlepszych graczy obok Jahlila Okafora i Aarona Gordona (obaj USA), Dario Sarica (Chorwacja) i Vasilje Micica (Serbia). Australijczyk robił średnio 18 punktów, 4 zbiórki i 4 asysty w każdym spotkaniu. Wpisał się do zeszytu wielu skautów NBA jako topowy prospekt na Draft 2014.


 


Exumem w Stanach na linii prasowej poważnie zajarał się Danny Chau z Grantland, który ścigał Exuma w Czechach i zauważył kilka znaczących faktów na przyszłość. Widzimy to również w kilku miksach Australijczyka na YT. Exum to gość grający wymiennie na pozycjach 1-2, mierzący 198 cm, porównywany już do Penny’ego Hardawaya o twarzy Wesleya Johnsona. Cynamonowy Stephen Curry. Fantastyczny, wręcz zabójczy pierwszy krok, po którym zostawia większość obrońców za sobą. Atakuje głównie z lewego skrzydła, biega po zasłonach, jest niezłym defensorem z długimi łapskami. Chau jeszcze w sierpniu ponownie zaatakował jego nazwiskiem na Grantland, robiąc taki mini profil dla pospolitego fana basketu.


Padały już komentarze, iż w wieku 25 lat Exum może być jednym z najlepszych graczy na świecie i miejmy na uwadze fakt, że chłop liczy dopiero 18 wiosen (rocznik 1995). Co dalej? W październiku Dante kończy naukę w Australian Institute of Sport i zostanie bez gry co najmniej do czerwca 2014. Zostanie, bo raczej nie zdecyduje się na pół roku w NCAA, o czym rozmawialiśmy wczoraj z Maćkiem przez bite 30 minut na telefonie.


Owszem, jest kilka plusów i minusów.


Minusy:


1)    Exum musiałby się przestawić dość szybko na amerykański styl gry.


2)    Doszłoby sporo zajęć pozasportowych, na które Exum musiałby uczęszczać i uczyć się na przyzwoitym poziomie, aby nie być zawieszonym.


3)    Istniałoby ryzyko, że po kiepskiej drugiej połowie sezonu mógłby stracić na wartości w Mockach.


Plusy (głównie dla fana NCAA):


1)    Exum w swoim wypowiedziach dość ciepło wypowiadał się o uczelniach Indiany, North Carolina, Michigan i Kentucky, nawet Oregon. Wstępnie oceniał swoje szanse w opcji 50/50.


2)    Z wymienionych uczelni najwyżej w notowaniach Exuma są Indiana Hoosiers, którzy nie mają dobrego SG po odejściu Oladipo.


3)    Co za tym idzie, Exum miałby minuty w bardzo dobrym zespole występującym w czołowej Konferencji Big Ten.


4)    Mógłby podołać i pokazać się z dobrej strony w szerokim koszykarskim światku USA. The Hype is Real…


Możemy gdybać i gdybać, ale pod koniec sierpnia Jeff Goodman z ESPN opublikował światu wypowiedź, która wyklucza grę Exuma w NCAA od grudnia 2013.



„Szkoły twierdzą, że mógłbym zacząć na początku grudnia, ale jeżeli college jest jakaś opcją, to wolę zostać w Australii i trenować z kadrą narodową, a potem wybrać się na uczelnię od sierpnia. Granie w tym sezonie w college’u nie jest opcją.”


No właśnie. Od sierpnia… 2014. Ale tak wysoko notowany prospekt spoza USA raczej nie zdecyduje się na sezon 2014/15 w NCAA kosztem mocnej pozycji w Drafcie 2014. Owszem, mógłby się solidnie przygotować przed startem przyszłorocznych rozgrywek, ale czy warto tracić szansę na grę zawodową i gwarantowany (fajny) kontrakt za wybór w Top3-Top 5?


Exum na tablicach:


Draft Express: pick 3


NBADraft.net: pick 5


ESPN: pick 3


CBS: poza loterią (hmmm?)


Hoopshype: pick 5


Hoopsworld: pick 5


Prawdopodobnie będzie tak, że nie zobaczymy jednego z najlepszych graczy ze światowej młodzieżówki w tym sezonie. Szkoda, bo taki Andrew Wiggins z Kansas i Jabari Parker z Dukemieliby mocnego konkurenta. Exum na daną chwilę trzyma swój talent pod kopułą, nie jest typem medialnego dzieciaka, który buńczucznie wypowiada się na swój temat. To raczej cichy zabójca ze świetną pracą stóp, instynktem do zdobywania punktów i charakterem wojownika.


O Exuma będzie walczyć wiele ekip, które nie wylosują numeru 1, a z nim pójdzie na 99,9% Wiggins. W zasadzie Exum to taki australijski Wiggins z nieco mniejszym hypem, może z racji tego, że ukrywany był w Australii. Żałuję tylko, że obu nie byłem w stanie zobaczyć na MŚ w Czechach, jednak zacieram ręce przed startem sezonu NCAA, gdzie dostępny na ESPN Player będzie Wiggins. Na Exuma poczekam i mam nadzieję, że zobaczymy go szybciej niż przypuszczamy.


Jeżeli nie, pozostaje czekać na sezon 2014/15 – na poziomie NBA lub NCAA. Ta druga nie gwarantuje jednak wielu rzeczy i wykorzystuje sportowców, o czym będziemy mocno pisać w listopadzie/grudniu. NBA gwarantuje Australijczykowi pieniądze, fachową opiekę medyczną, mnóstwo klauzul w zawodowym kontrakcie, wsparcie klubu, rozwój pod okiem najlepszych specjalistów.


I piszę to ja, fan rozgrywek akademickich, które owszem, są doskonałym przystankiem, aby sprawdzić swoje możliwości, ale nie gwarantują kontynuowania owocnej kariery po np. fatalnej kontuzji i niekiedy hamują talent, zamiast go rozwijać.


Exum jest na tyle w komfortowej sytuacji, że ma wybór. Nie musi wybierać się na studia w celu odbębnienia jednego (przymusowego) roku na parkietach NCAA. Jako gracz spoza USA może zgłosić się do Draftu, mając 19 lat rocznikowo. Sky is  the limit…


A Ty co byś zrobił na jego miejscu czytelniku?


  • Like 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

1. To dobra czy zła umowa dla Lakers?

Adam Szczepański: Zła. Rozumiem, że Lakers chcieli pokazać swoim kibicom, że dbają o największą gwiazdę drużyny, a Kobe’mu, że nadal chcą, aby był ich liderem. Może z marketingowego punktu widzenia to było dobre zagranie, ale ogólnie rzecz biorąc nie zrobili dobrego biznesu. Przede wszystkim z dwóch względów – ryzyko i drużyna. Nie wiemy jakiego Bryanta zobaczymy w tym sezonie, czy wróci do wysokiej formy i czy uda mu się utrzymać przy zdrowiu. Wierzymy, że będzie dobrze, a Lakers są o tym przekonani, ale nie musieli już teraz podpisywać z nim przedłużenia. Mogli chociaż poczekać aż zacznie grać, żeby mieć pewność, że to nadal ten sam Kobe. Druga sprawa to oczywiście zbudowanie drużyny w ramach salary cap. Wydając tyle na Bryanta, nie będą mieli aż tak dużo wolnych pieniędzy jak jeszcze niedawno mogło się wydawać. Oczywiście nadal mogą ściągnąć inną gwiazdę, ale ich elastyczność jest już znacznie bardziej ograniczona. Nie wierzę, że na koniec kariery Kobe zdecydowałoby się zmienić barwy i Lakers powinni to wykorzystać. Mogli pokazać mu swój długofalowy plan (gdyby go mieli) i przekonać, że niższe zarobki dadzą mu większe szanse na zdobycie szóstego tytułu.

Michał Górny: Tak/Nie. Kobe Bryant w wieku 35 czy nawet 36 lat jest wart znacznie więcej niż większość 25 latków na tej pozycji, jednak czy wart jest blisko połowy salary cap zespołu ? Lakers na sezon 2014/2015 mają w „księgach” kontrakty Kobe’ego,Nasha i Roberta Sacre’a (+ player option dla Nicka Younga), co daje ok. 35 milionów dolarów i dosyć ograniczone pole na mocne uderzenie na rynku wolnych agentów w lecie 2014.

Sebastian Hetman: Zła. Dlaczego ma być dobra, skoro gość zabiera całą pulę na podpisanie dwóch graczy pokroju All-Star w 2014/2015 roku? Lakers przez kolejne dwa sezony będą poza grą, mimo, że kierownictwo jest na tyle szalone, aby i tak zbudować najdroższy team w historii ligi. Dlaczego Duncan i Garnett mogli dać coś dla zespołu w swoich kontraktach, gdzie ostatni rok to wybór samego gracza? Lakers z jednej strony pokazali, że Kobe to ich człowiek (i chwała im za to), ale pod względem finansowym to przestraszny strzał w kolano. Oba kolana.

Przemek Kujawiński: To zależy. Ta umowa jest zła na pierwszy rzut oka, bo zabiera Lakers potencjalną elastyczność finansową w kolejnych dwóch sezonach, a co za tym idzie najprawdopodobniej realne szanse na walkę o tytuł. To jest fakt, z którym bardzo trudno jest dyskutować i możemy się jedynie zastanawiać, co myślał Mitch Kuptchak nie czekając z tą umową chociażby do momentu, gdy Kobe pojawi się na parkiecie. Z drugiej strony ta umowa, wbrew pozorom, ma też swoje plusy. Obecność Bryanta zapewni ciągły przypływ gotówki i pieniądze na niego wydane na pewno się zwrócą (i nie ma tu znaczenia, czy Kobe będzie, czy nie będzie, sobą po powrocie). Po drugie Lakers wysłali wyraźny sygnał w kierunku innych gwiazd NBA i (może przede wszystkim ich agentów): „patrzcie, tak tutaj traktujemy naszych ludzi”.

 

Dawid Lenkiewicz: Zła. Lakers będą mieć jeszcze pieniądze na dużą umowę, ale z takim budżetem możliwe, że będą mogli otoczyć swoje gwiazdy tylko weteranami i zadaniowcami. Ta umowa może i miałaby sens, gdyby Kobe był jednym ze ścisłej czołówki zawodników, ale problem w tym, że wciąż nie wiemy w jakiej dyspozycji wróci po kontuzji i jak będzie wyglądał w już podeszłym koszykarskim wieku. Historia nie jest zbytnio łaskawa dla kontuzji ścięgna achillesa po trzydziestce i obawiam się że zarząd może sobie trochę strzelić w stopę taką umową. Lakers chcą tylko mistrzostwa, ten krok nie powinien ich do tego przybliżyć.

Damian Solnica: Zła. To ich sprawa, ich pieniądze. Ich w sensie rodziny Buss, która jest odpowiedzialna za całą organizację, ale jeśli mam ocenić ten ruch to jest to oczywiście ocena negatywna. Dlaczego oczywiście? Na zakończenie regular season 2014/15 Kobe Bryant będzie miał 37 lat, a zarobi za ten rok 23.5 miliona dolarów. W tym samym momencie Tony Parker, Tim Duncan i Kawhi Leonard łącznie zarobią niewiele więcej, bo około 26 milionów. Ja nie mam żadnych wątpliwości w kwestii tego, co bym wolał dla swojej drużyny.

Kosma Zatorski: Zła. I źle świadczy o organizacji, która ponoć sama taką umowę zaproponowała. To skazuje Lakers na maksymalnie jeszcze jeden duży kontrakt w lipcu i podpisanie wszystkich za minimum. Czy mający za sobą przyzwoite sezony drugoplanowi gracze Lakers zgodzą się grać za ochłapy? Czy Carmelo Anthony czy Kevin Love znajdą w Jezioranach swoją ziemię obiecaną? Raczej nie. Pozostaną do wyboru gracze klasy Luola Denga. Nie obrażając Luola Denga.

2. Czy Kobe jest wart takich pieniędzy?

Szczepański: Tak i nie. Jest wart nawet większych pieniędzy, ponieważ to on przede wszystkim przyciąga kibiców na trybuny Staples Center, sprzedaje koszulki i sprawia, że marka Lakers nadal jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w sportowym świecie. Jest twarzą tej drużyny, jednym z najpopularniejszych zawodników NBA i jego wartość rynkowa jest dużo większa. Ale operujemy na ‚rynku NBA’, a tutaj panują już nieco inne zasady. 35-letniemu zawodnikowi, nawet tak wspaniałemu jak Bryant, nie płaci się takich pieniędzy. A już tym bardziej, gdy jeszcze nie wrócił do gry po poważnej kontuzji.

Górny: Zdecydowanie tak. Pomijając jego wartość na boisku (pomimo kontuzji, która może w rażący sposób odbić się na grze Bryanta),Kobe grający nawet na pół gwizdka jest olbrzymią wartością dla marketingowców z LA.

Hetman: Nie. Jest jednym z najlepszych koszykarzy w historii NBA, ale nie zapominajmy, że wróci po ciężkiej kontuzji Achillesa mając rocznikowo 36 lat. Przez kolejne dwa sezony ciało może płatać figle i albo Lakers mają gwarancję od znachora, albo po prostu zrobili ukłon dla swojego MVP, o czym pisałem w odpowiedzi na pierwsze pytanie. Rozmawialiśmy o tym wczoraj z Maćkiem – Billups miał podobną kontuzję i teraz kilka miesięcy po powrocie posypało mu się kolano. Wiadomo, Kobe to marka i etyka pracy, ale nie za prawie 50 mln na zakończenie kariery.

Kujawiński: Tak. Może to trochę przewrotne, ale ostatecznie jesteś tyle warty, ile ktoś jest ci w stanie zapłacić. Kobe Bryant jest wart tych pieniędzy dla Lakers. Być może byłby wart tych pieniędzy również dla innych klubów. Oczywiście jeśli patrzymy na sytuację przez pryzmat biznesu, gdzie Kobe jest markowym produktem, w który Lakers inwestują, licząc na zwrot tej inwestycji w tej samej walucie. Patrząc na tę inwestycję z perspektywy możliwego zysku w walucie „wyniki sportowe”, musimy wziąć za punkt odniesienia zarobki najlepszego gracza ligi, a wtedy…

Lenkiewicz: Już nie. Kobe był wart każdych pieniędzy, nie tylko ze względu na swoje umiejętności i grę na parkiecie, ale też cały hype i sprzedaż biletów. W poprzednim sezonie grał jeszcze świetnie i będę mu kibicował po powrocie, ale zawodnicy w takim wieku i zwłaszcza po kontuzji nie powinni dostawać takich pieniędzy. Wystarczy spojrzeć na przykłady KG oraz Duncana, których umowy pozwalają zbilansować drużynę i wprowadzić młodą krew do zespołu. Za to Kobe może mieć problemy po kontuzji, opuszczać mecze i nie dać już rady udźwignąć gry w najważniejszych momentach.

Solnica: Jest, ale… Oczywiście, że Kobe Bryant – jeden z największych graczy w historii tej gry i żywa legenda Lakers – jest wart każdych pieniędzy, ale… Nie wiem, może to przez to, że jestem kibicem Spurs i mam jakieś większe oczekiwania w stosunku do managementu drużyny, ale i tych wielkich gwiazd, które jak Tim Duncan potrafią wziąć pod uwagę szerszą perspektywę niż ilość zer na własnym koncie bankowym. Nie wiemy czy taką ofertę dostał od Lakers, czy też sam zażądał takich pieniędzy, ale, no cóż, taki obrót spraw może przekreślić szansę Lakers na bycie realnym kontenderem w ciągu najbliższych dwóch lat.

Zatorski: Nie jest. Kobe ma 36 lat, jest po kontuzji Achillesa. Najuczciwsza, moim zdaniem, byłaby dwuletnia umowa za 25-30 mln dolarów. W idealnym świecie Kobe zgodziłby się grać za 10 mln. Ale jest Kobem – pyszałkiem, dupkiem, bufonem i genialnym koszykarzem.

3. Co jest najważniejsze dla Bryanta?

Szczepański: On sam. Chciał dużych pieniędzy i je dostał. Chce też mistrzowskiego pierścienia i zostawia drużynie zmartwienie, jak dodać mu odpowiednich partnerów. To jakby nie jest jego sprawa, on ma grać, prowadzić zespół do zwycięstw i za to chce otrzymywać godne wynagrodzenie. Koszykówka to biznes. Kobe jest biznesmenem i myśli o swoim indywidualnym interesie, a nie interesie swoim jako członka drużyny. Nie musiał iść w ślady Kevina Garnetta czy Tima Duncana, którzy zgodzili się na znaczącą obniżkę pensji, żeby ich drużyny miały więcej pieniędzy na wzmocnienia. Tylko niech teraz się nie zdziwi i nie narzeka, gdz za rok (poza tą drugą gwiazdą) dostanie do pomocy kolejnych Nicków Youngów i Chrisów Kamanów, zamiast graczy, którzy rzeczywiście mogliby pomóc mu walczyć o tytuł.

Górny: Przejście na „odpowiednie obroty”. Kobe przez 17 sezonów gry (wow) widział nie jedno jeśli chodzi o mniej lub bardziej poważne kontuzje i wie jak ważne jest odpowiednie przygotowanie do powrotu do gry. Zwłaszcza po tak poważnej kontuzji.

Hetman: On sam? Skłamałbym, jeżeli napisałbym, że mistrzostwo. Gdyby tak było, Bryant poszedłby w ślady TD lub KG, zostawiając miejsce w salary na dwóch graczy w opcji maksimum. Z czym zostają Lakers do zakończenia kariery Bryanta? Bez Gasola, któremu po tym sezonie kończy się kontrakt, z obitym przez życie Nashem za prawie 10 baniek na kolejny sezon 2014/15. A Kobe? Pewnie, będzie robił swoje i wróci w jakimś stopniu do zadowalającego fanów LAL poziomu, ale w wieku 37-38 lat sam nie pociągnie zespołu.

Kujawiński: Kobe Bryant. Myślę, że Kobe nigdy specjalnie się z tym nie krył. Nie będę tu rzucał tezą, że ten kontrakt obalił mit, że liczy się dla niego jedynie zwycięstwo, bo to też nie jest do końca tak. Kobe Bryant chce wygrywać, ale to oznacza, że KOBE BRYANT chce wygrywać. Nie Lakers, nie zespół, Kobe Bryant. Wydaje mi się, że Kobe nie byłby w stanie zaakceptować zwycięstwa, gdyby nie odgrywałby w nim pierwszoplanowej roli. Nie jest też chyba przypadkiem, że nowa umowa sprawi, że wciąż będzie najlepiej opłacanym graczem w lidze. W gruncie rzeczy nie dziwię mu się i trudno jest mi go za to krytykować. Na poziomie takich pieniędzy nie chodzi już tak bardzo o same dolary, a o szacunek, które te dolary wyrażają. Kobe Bryant na ten szacunek zasłużył i nie możemy mu mieć za złe, że godzi się na takie warunki umowy. Kibice Lakers mogę mieć za to za złe swojemu klubowi, że nie próbował wynegocjować lepszej umowy. Kobe wziął to, na co Lakers się zgodzili i większość z nas na jego miejscu zrobiłaby to samo.

Lenkiewicz: To wie tylko Kobe. Wojnarowski już zacytował słowa Kobego o tym, że ta nowa umowa została mu po prostu podstawiona pod nos – nie było żadnych dużych negocjacji. Jeśli rzeczywiście to wszystko prawda, nie widzę tu żadnej pazerności Bryanta, po prostu zrobił ruch, który jest najlepszy dla niego. To zarząd popełnił błąd, który może odciąć Lakers drogę do tytułów. Kobe chce wygrywać mistrzostwa i jak mało kto ma w sobie tą fascynację na punkcie zwycięstw, ale ciężko spodziewać się, że gwiazda tego pokroju powie po prostu ‚nie’ dla takich pieniędzy.

Solnica: Kobe Bryant. Wiemy to nie od dziś i nie od wczoraj. To oczywiście jego święte prawo i w przypływie dobrych chęci tłumaczę sobie, że Kobe chce tylko zapewnić dobrą przyszłość swoim dzieciom, ale jak napisałem w poprzedniej odpowiedzi, oczekuję więcej od największej gwiazdy swojej drużyny. Może później brakować tych 3-5 milionów na zatrudnienie jakiegoś konkretnego gracza. No chyba, że rodzina Buss pozazdrościła właścicielowi Brooklyn Nets i też ma zamiar płacić bardzo sowite luxury tax. Choć nie sądzę.

Zatorski: Liczba punktów. Godząc się na taki kontrakt Kobe Bryant chyba ma już w dupie szósty tytuł i przez dwa lata będzie robił wszystko, aby zostać najlepszym strzelcem w historii ligi. Uwielbiam Kobego, uwielbiam patrzeć na jego „hero-ball”, szkoda niestety że w parze z wielkim talentem nie poszedł teraz jakiś absurdalnie niski kontrakt, po którym stwierdzilibyśmy. Wow Bobby, klasa. It’s all about dead presidents!

 

Proszę ;)

Edytowane przez Ziejek

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Uważaj bo Cię gwiazdy pozwą.

 

Chyba że uważasz iż ignazz Cię wybroni

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Uważaj bo Cię gwiazdy pozwą.

 

Chyba że uważasz iż ignazz Cię wybroni

 

Będę musiał uciec z kraju chyba w takim wypadku .

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Będę musiał uciec z kraju chyba w takim wypadku .

 

jestem prawnikiem nie adwokatem

 

więc o ile nie wybronię to pomogę kupić szałas na Szeszelach....

  • Like 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

hahahahaha zawsze cos :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A w każdym razie Borys może mieć kłopoty.

 

Borys będzie miał kłopoty jak się na piątek nie wyrobi z zamówieniem od Spaldinga.... może a będzie miał to zasadnicza różnica

swoją drogą zajrzyjcie na sklep w górnej zakładce bo ma bardzo fajne rzeczy w nim i wiele prezentów można tam właśnie zapodać lub ubrać jak gracie w ligach amatorskich całą drużynę jak ja ekipę z Torunia!

 

a kto z Wawy to niech nawet przetestuje piłki do kosza zanim je kupi oczywiście u Niego bo sklep i rzetelność POLECAM!!!!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Aż tak ciekawy on nie jest ;-)


Matt Barnes wciąż zmaga się z kontuzją oka, więc ma z pewnością dużo czasu, by zaglądać pod łóżka swoim kolegom z ligi NBA. Ja robię to z nim z wysokości mojej kanapy, do której przykuła mnie skręcona kostka. Razem zapraszamy na kolejny odcinek bzdur i głupot z najlepszej ligi świata. Wraz z nami zaprasza „wynalazca no-look-passów tata Manu Ginobiliego:


Manufather-458x610.jpg

@manuginobili



 


Nie ma tygodnia, żeby Michael Jordan nie objawiał się nam w kolejnej postaci. W ostatnich dniach jego powietrzność postanowił przybrać postać warzyw ogrodowych. Złośliwi twierdzą, że to fake i część nowej kampanii reklamowej Jordana, która ma nas przekonać do kupna jedenastek w kolorze ogórka:


Cucumber-345x610.jpg

@BRosenr85



 Prawdziwie wierzący zarzekają się, że powyższy ogór zrodził się po tym, gdy MJ zszedł na ziemię i zostawił swoje nasienie w ogródku jednego z nich. Nie ufałbym tego typu opowieściom, bo mogę powiedzieć z całą pewnością, że Michael zostawiał ostatnio swoje nasienie w całkiem innych okolicach… Yvette Prieto – wybranka gwiazdora – spodziewa się dziecka. Będzie to czwarty potomek Jordana i pierwszy z uroczą Yvette.


Zostając w tematach najlepszego w historii. Przypadkowe objawienia w roślinności i nie całkiem przypadkowe w pani Prieto to jedno, ale to, co zrobił ten hiszpański student bije wszystkie inne objawienia na głowę:


jordanbeard-610x406.png

via Bleacher Report



Jordan był niewątpliwie najlepszy – dla nas. Ci, którzy widzieli w akcji tego, który sam się mianował „The Greatest” będą mieli inne zdanie. Kto ma rację? Myślę, że nawet to video nie może rozstrzygnąć tych wątpliwości:



Tymczasem u obecnych mistrzów po staremu. Dwyane Wade wzniósł photobombing na nowy poziom:



LeBron szybko jednak sprowadził go do starego poziomu:



Nikt już nie jest bezpieczny w Miami:



 Szczególnie w knajpach w downtown (downtown w Miami potrafi być przerażające – byłem, widziałem, przerażałem się), gdzie Roger Mason i jego rodzina zostali właśnie okradzeni w czasie napadu z bronią w ręku. Napastnicy mogą się cieszyć, że na miejscu Masona nie było Michaela Beasleya. B-Easy to dobry chłopak, ale potrafi być szalony:


824033106.gif?13854272772


Bracia Morris to za dużo. A może: braci Morris jest za dużo. Jeśli tak reaguje na bliźniaków, to trudno przewidzieć reakcję Beasleya, gdyby zobaczył na parkiecie taki zestaw:


loverubio-610x406.png

@kevinlove



W Minny jest zimno a terminarz jest trudny, ale spece od PR-u Timberwolves zazwyczajwywiązują się ze swojej pracy świetnie:



 W Nowym Jorku sprawa stała się już na tyle poważna, że frustracji fanów (a może to po prostu Znykający miał trochę wolnego czasu?) nie oparła się nawet ciocia Wikipedia. To nie to samo, co „Norwegowie, którzy osrali się na miętowo”, ale nowe tytuły piosenek zespołu Jamesa Dolana też dają radę:


Wiki-dolan-367x610.png


Zapłaciłbym, żeby posłuchać „There’s Something Wrong With Having Draft Picks” i „Slow Motion Turnaround Jumper” (z gościnnym udziałem J.R. Smitha).


Nigdy nie zapłaciłbym, aby słuchać Houston Rockets:



Płaciłem za to już nie raz, by słuchać Eddiego Veddera (serio, nie będę tłumaczył kto to Eddie Vedder – musicie to wiedzieć). Eddie wraz z Pearl Jam (niegdyś Mookie Blaylock) odwiedził niedawno Oklahomę City. Byłby to zwykły koncert, gdyby nie fakt, że Eddie wraz z resztą zespołu byli kibicami Seattle Supersonics (choć sam pochodzi z okolic Chicago, to zespół wywodzi się ze Seattle). Niezręczna sytuacja, zwłaszcza, że raptem miesiąc wcześniej w czasie koncertu w Charlotte, Vedder ze sceny obrzucał Oklahomę bluzgami…


Eddie wybrnął z całej sytuacji tłumacząc, że OKC jest w porzo, a prawdziwym problemem są „ci z Sacramento”. Dostało się też Howardowi Schultzowi – inaczej być nie mogło. Z niecierpliwością czekam na koncert w Sacramento:



Paul George lubi winogrona. Hmm, właściwie to wszystko, co chciałem napisać:



George Hill lubi truskawki. Serio, to całe przesłanie.


San Antonio Spurs zmierzą się dzisiaj w Mexico City z Minnesota Timberwolves. Gracze Spurs w plan przygotowań do tego spotkania włączyli krótki sparing z miejscowym zespołem. Pomysłodawcą pojedynku był Gregg Popovich, który jak na spadkobierce najlepszych tradycji pana Miyagi przystało, zaproponował, by grać bez obuwia.


Spurs polegli z kretesem 4 do 10, ale Pop z pewnością wyciągnie wnioski z tej klęski, szczególnie myśląc nad tym, jak powstrzymać wczesną ofensywę Timberwolves. Póki co jego gracze muszą się jeszcze bardzo w tym elemencie poprawić:



Kevin Garnett ma w tym sezonie spore problemy na parkiecie, ale od czego jest Dr Dre? Trafiać nie pomoże, ale wyciszyć słowa krytyki…



Shaq również wypuścił nową reklamę. Wszystko w niej jest sprzed 15 lat. Poza Shaqiem:



Tyle na dzisiaj. Na pożegnanie Dwight Howard, całkiem otwarcie, jako zły charakter:


2013-11-3009_29_10.gif


Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pochodzenie z małego miasteczka ma swoje zalety. Cały świat jest większy od twojego pierwszego świata. Cały świat jest piękniejszy od twojego osiedla i twojej ławeczki pod blokiem. Zawsze będę traktował pochodzenie z małego miasteczka jak błogosławieństwo, bo w przeciwieństwie do moich przyjaciół z różnych wielkich skupisk miejskich tego świata, umiem docenić te wielkie skupiska miejskie tego świata. Tak więc, nie, nie mam w dupie małych miasteczek.


Moje małe miasteczko wydało na świat Józefa Młynarczyka, Krzysztofa Kilijańskiego i Magdalenę Różczkę. Szanse, że wyda na świat kogoś jeszcze są raczej małe. When 2 niggas making it out had never sounded logical, 3 niggas making it out, that’s mission impossible. Wciąż, moje małe miasteczko może pochwalić się 40-tysięczną populacją. Są mniejsze miasteczka na świecie. Na przykład Seat Pleasant w Maryland.


4542 mieszkańców. Wyobrażam sobie tablicę przy wjeździe, na której kredą wyskrobano tę liczbę.


Jakie są szanse na to, że akurat w takim miasteczku, w małej hali gimnastycznej w wieku 11 lat trenować będą dwie przyszłe gwiazdy NBA? Jakie są szanse, że obaj zaliczą potem rok w słynnej, „koszykarskiej” szkole średniej Oak Hill? Obaj będą dysponować niezwykłą kombinacją warunków fizycznych? Obaj dołączą do zespołów z konferencji  Big 12 NCAA, a tam w swoim pierwszym roku gry bić będą kolejne rekordy swoich uczelni? Obaj po pierwszym roku przystąpią do draftu NBA i dołączą do ligi wybrani z numerem drugim?


Małe.


Jakie są szanse, że obaj będą mieli tę samą osobowość, która pozwoli im stać się liderami nowej generacji gwiazd NBA?


Zbyt małe.


 


Pizza dude’s got 30 seconds


Tę historię powinniście już znać. Rok 2000 – Seat Pleasant Activity Center, na trening miejscowej drużyny PG Jaguars, wpada mały łobuziak. Nie umie grać w kosza. Tak przynajmniej wszystkim się wydaje, a więc stosunkowo szybko zostaje wyproszony z hali. Kiedy znika, znika też dopiero co zamówiona przez zespół wielka pizza.


W takich okolicznościach Kevin Durant poznaje Michaela Beasleya.


Pomimo – przyznacie sami – kiepskiego pierwszego wrażenia, trenerzy drużyny zapraszają Beasleya na kolejne treningi, a ten szybko czyni postępy. Ostatecznie PG Jaguars stają się absolutną sensacją wśród drużyn AAU złożonych z graczy pomiędzy dziesiątym i czternastym rokiem życia. Pomyślcie o tym sami – mają swoją stronę na Wikipedii. Jakikolwiek zespół, w jakim kiedykolwiek grałem, najbliżej Wikipedii był, gdy na lekcjach informatyki w liceum stworzyliśmy profil jednego z kolegów z drużyny. Nie przytoczę fragmentów.


Wyobraźcie to sobie. Mali Kevin Durant i Michael Beasley w jednym zespole. Obaj już w tym wieku grający w innej lidze niż reszta kolegów. Już wtedy również pokazujący najważniejsze cechy swoich charakterów. Jak wspominała mama Duranta, Kevin był tym poważnym, a Michael szukał we wszystkim okazji do dobrej zabawy. Ich drogi rozeszły się, gdy dołączyli do innych zespołów w wyższej kategorii wiekowej. W tym miejscu zostawmy też Kevina.


I’m Bart Simpson. Who the hell are you?


Michael Beasley występował w barwach sześciu różnych szkół średnich. Nie miało to nic wspólnego z wynikami w nauce, bo nastolatek nie miał z nimi problemów… jeśli tylko potrafił się choć na chwilę skupić. Problem leżał gdzie indziej. Jak wspominał Ty Lawson, jego kolega z zespołu w Oak Hill Academy, Michael był niczym Bart Simpson – wszędzie szukający okazji do żartów.


Występ w konkursie wsadów w czapce w kształcie kanciastych portek Sponge Boba? Zaliczone. Przechadzka po korytarzach szkolnych w piżamie? Dlaczego nie? Znaleźć trochę czasu, by porzucać patykami w domy nauczycieli? Zawsze. Uciec w nocy z dormitorium i organizować zabawę w chowanego? Możesz na to liczyć.


Michael Beasley nie był łobuzem z potencjałem na kryminalistę. Był łobuziakiem. Tego typu łobuziakiem, którego znał każdy z nas. Tego typu łobuziakiem, którym było wielu z nas. Problem polegał na tym, że był tym łobuziakiem, jednocześnie będąc diablo utalentowanym koszykarzem, od którego oczekiwano bardziej odpowiedzialnego podejścia do życia.


Wielu dziennikarzy, którzy – oczywiście – hobbystycznie parają się psychologią, próbuje tworzyć teorie o tym, że to brak ojca i „męskiego wzoru zachowania” stał się przyczyną takiego zachowania młodego Michaela. Ja, jako psycholog hobbystycznie – oczywiście – parający się dziennikarstwem nie podpiszę się pod tego typu pomysłami. Może znam zbyt dużo łobuziaków?


Oak Hill Academy miała być ziemią obiecaną dla tułającego się od szkoły do szkoły nastolatka. Ilość żartów przekroczyła jednak granice znośne dla władz szkoły, a miarkę przebrał… zakład pomiędzy Beasleyem i Lawsonem, którzy postanowili sprawdzić, kto będzie w stanie złożyć swój autograf na większej ilości rzeczy na terenie szkoły. Michael wygrał:



Najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ty był mądrzejszy niż ja. Podpisywał się na nogach od łóżek i innych miejscach, które nie mogły sprawić, by miał kłopoty. Ja podpisywałem się na sufitach, drzwiach, kranach, ścianach w łazienkach, wszędzie.


Dyrektor wezwał do szkoły matkę Michaela i przy synu wytłumaczył jej, że zmiana zachowania to dla niego ostatnia szansa, by pozostać w szkole na kolejny rok. Dwa dni później na masce swojego samochodu znalazł napis „MB-Easy”. Beasley zarzekał się, że stworzył to dzieło jeszcze przed obietnicą poprawy, ale nie miało to znaczenia.


Well, maybe it is stupid, but it’s also dumb


Nie żeby doświadczenie to zmieniło coś w jego nastawieniu. W szkole Notre Dam Prep tolerowano go, bo już wtedy wszyscy wiedzieli, że jest właściwie pewniakiem, by grać zawodowo w koszykówkę, a o jego usługi dopominały się wszystkie najlepsze uniwersytety. Rok ten kosztował jednak trenera zespołu Billa Bartona wiele z jego zapasów cierpliwości.


Eli Saston w Washington Post w jednym z pierwszych większych materiałów na temat Beasleyaprzytaczał, na przykład, taką historię:



Na treningu przed miesiącem, Bill Barton zebrał swoich graczy, by podzielić się z nimi informacjami na temat następnego rywala. Za mniej niż dwadzieścia cztery godziny drużyna grać miała jeden z najważniejszych meczów w sezonie. Barton stał nieruchomo z piłką pod pachą i cicho tłumaczył: „Słuchajcie uważnie, bo to bardzo ważne”. Jego zawodnicy nachylili się w jego kierunki. Wtedy Beasley zaczął krzyczeć:

„Hej trenerze, podaj piłkę! No dalej, nie bądź samolubem! Podaj! Jestem niekryty!


Jednocześnie jednak Beasley zawsze był lubiany przez innych graczy. Bezpośredni i wygadany szybko zdobywał przyjaciół. Widać to świetnie w pamiętnym filmie dokumentalnym nieodżałowanego Adama Yaucha Gunnin’ for that #1 spotgdzie możemy go zobaczyć, jako żartownisia (gdy ściąga spodnie Jerrydowi Baylessowi) i gadułę, ale przede wszystkim sympatycznego i lubianego gościa. Jak wspominał Bobbito Garcia:



Zdobywał tutaj przyjaciół. [do siedzących na trybunach gwiazd NBA] Mówił: ‚za dwa lata będziecie mi podawać piłki’.


Wait for you to come back


Michael Beasley był w stanie dokończyć edukację w szkole średniej i rozwinąć się w dominującą siłę na parkietach NCAA w dużej mierze dzięki jednemu z trenerów, których spotkał na swojej drodze. Był nim Curtis Malone – postać podobnie jak Beasley bardzo kontrowersyjna.


Malone stworzył podstawy pod potęgę rozgrywek AAU zespół D.C. Assault, w którym Beasley występował od trzynastego roku życia. Pomimo tego, że już w latach 90. miał kłopoty z prawem (a w tym roku został aresztowany po raz kolejny za handel narkotykami), dla całej generacji zawodników i trenerów z okolic Waszyngtonu stał się mentorem i przyjacielem. Dla Michaela Beasleya Malone był wręcz przybranym ojcem.


W czasach gry w D.C. Assault Beasley zaprzyjaźnił się z Nolanem Smithem (później Duke i Trail Blazers), którego przybranym ojcem (w tym wypadku dosłownie) był Curtis Malone. Całkiem na marginesie historia Nolana Smitha i jego ojca Dereka (mistrza NCAA dokładnie 30 lat przed synem i byłego gracza NBA) warta jest oddzielnego artykułu.


Beasley spędzał mnóstwo czasu w domu swojego trenera, a ten polubił młodzieńca na tyle, by służyć mu pomocą w znajdowaniu nowych szkół, gdy żegnano się z nim w kolejnych miejscach. Michael być może jeszcze bardziej przywiązany był do jego asystenta Dalonte Hilla, którego nazywał starszym bratem. Kiedy Hill odszedł z D.C Assault, by zostać asystentem trenera na Uniwersytecie Północnej Karoliny w Charlotte, Beasley z miejsca zadeklarował chęć gry dla 49ers, by zdecydować się na Kansas State, gdy tylko Hill dostał tam kolejną pracę.


Kansas State byli zresztą bardzo blisko utraty Beasleya, gdy przed jego debiutanckim sezonie wahali się, czy zatrzymać Hilla w swoim sztabie. Ostatecznie na kampusie w Manhattanie szybko zorientowano się, o co toczy się gra i zrozumiano, że Michael Beasley nie zawaha się zagrać dla innej uczelni, gdyby jego ulubiony trener miał zmienić pracę. Gra warta była świeczki, ale chyba najwięksi optymiści w Kansas nie spodziewali się, jak dobry jest ich nowy zawodnik.


Excellent


W barwach Kansas State Beaseley został najlepszym zbierającym (12,4) i trzecim punktującym (26,2) pierwszej dywizji NCAA. Pobił rekord Carmelo Anthony’ego w ilości double-double wśród pierwszoroczniaków (28) i aż 13 razy zaliczył 30 punktów i 10 zbiórek (3 razy przekraczając barierę 40 punktów).


Właściwie od początku sezonu pewnym było, że Beasley podąży w ślady swojego przyjaciela z dzieciństwa Kevina Duranta i przystąpi do draftu po roku gry na uczelni. Obok Derricka Rose’a szybko stał się też faworytem do wyboru numer 1. W drafcie jedynkę wylosowali Chicago Bulls i wielu ekspertów było przekonanych, że Byki zdecydują się jednak  na dominującego skrzydłowego. Dziś trudno w to uwierzyć, ale Beasley był uważany za gracza bardziej gotowego do gry w NBA niż ówczesny rozgrywający Memphis. Co do jego wyższości nad resztą tej klasy draftu (m.in. Russell Westbrook, Kevin Love, Brook Lopez) nikt nie miał żadnej wątpliwości.


Beasley był przyszłą gwiazdą NBA i po niezwykłym sezonie na parkietach NCAA trudno po prostu było wierzyć, że będzie inaczej. Okres gry w Kansas State pozwolił zapomnieć wszystkim o jego poprzednich kłopotach, a trener zespołu Frank Martin rozwiewał wszelkie wątpliwości:



Byłem jego fanem numer 1, kiedy go rekrutowałem, byłem jego fanem numer 1, kiedy go trenowałem i zawsze już będę jego fanem numer 1. (…) Zapytajcie kogokolwiek w moim sztabie. On ma serce wielkości tej planety i był najłatwiejszym dzieciakiem do trenowania, jakiego znałem. Słuchał. Robił to, o co go proszono. Bardzo łatwo dawał się trenować. Nigdy nie zrobił niczego, by kogokolwiek skrzywdzić. Jeśli zapytacie jego profesorów na uniwersytecie, też potwierdzą, że nie był półgłówkiem.


Ostatecznie Chicago Bulls zdecydowali się na „miejscowego” Derricka Rose’a. Heat nie zastanawiali się zbyt długo i wzięli kolejną najlepszą opcję (albo jak sądzili niektórzy – po prostu najlepszą opcję). Była jednak w organizacji osoba, która do tego wyboru nie była całkowicie przekonana…


Do you smell it? It’s smell, the kind of smelly smell. The smelly smell that smells smelly


Pat Riley obserwując Michaela Beasleya w czasie treningów przed draftem miał złe przeczucia. Chłopak z pewnością był utalentowany. Być może bardziej niż którykolwiek z jego kolegów. Jednocześnie jednak było w jego zachowaniu coś, co nie wróżyło dobrze. Będąc w miejscu, które już niebawem miało stać się miejscem jego pracy, Beasley zachowywał się jakbym był na podwórku wśród kumpli. Zamiast koncentrować się na pokazaniu z najlepszej strony, żartował i „dobrze bawił się” na parkiecie. To wróżyło problemy z profesjonalnym nastawieniem i Riley miał przeczucie, że powinien odpuścić sobie ten wybór. Ostatecznie jednak przekonany został przez resztę członków zarządu klubu. Na delikatne wskazówki, że Beasley nie podchodzi do swojego zawodu do końca poważnie, wzruszano jedynie ramionami.


Michael Beasley nie dał mu długo czekać na potwierdzenie wcześniejszych obaw. W czasie obozu orientacyjnego dla pierwszoroczniaków o drugiej w nocy w jednym z pokojów włączył się alarm przeciwpożarowy, a przybyłe na miejsce służby stwierdziły, że miejsce pełne jest dymu z marihuany. Zgodnie z pierwszymi doniesieniami winnymi całego zamieszania byli Mario Chalmers i Darrell Arthur, a NBA szybko zareagowała usuwając ich z obozu. Niektóre źródła sugerowały, że w całą sytuację zamieszany miał być również Beasley, ale początkowo nie było na to dowodów. 2 tygodnie później Michael pod presją Pata Rileya przyznał, że również był w pokoju, lecz udało mu się wymknąć przed przybyciem policji.


Był to pierwszy znak, że Beasley może sprawiać problemy. Kolejne, które pojawiały się w trakcie sezonu klub starał się trzymać w tajemnicy i dopiero kilka miesięcy później Erik Spoelstra przyznał, że Michael był karany wielokrotnie za różnego typu inne odstępstwa od reguł.


Pracownicy Heat mieli już podobno dość nieformalnej grupy dowcipnisiów której przewodził Michael (w jej składzie byli też Chalmers, Daequan Cook i Joel Anthony). Doszło wręcz do tego, że klub poprosił dziennikarzy, by nie wspominali w swoich artykułach nazwy, którą Beasley i reszta się określali (Goof Troop), by nie zachęcać ich do dalszych ekscesów.


W tym czasie wszyscy już przypomnieli sobie o jego poprzednich wybrykach. Henry Abbott na blogu True Hoop w świetnym artykule podsumował obawy, które zaczęły w tym czasie towarzyszyć Beasleyowi:



Nie wiem, czy przed jego pierwszym meczem w karierze, mamy już powód, by sądzić, że Michael Beasley może być bohaterem opowieści ku przestrodze. Wiem jednak, że każdy 19-latek z tak nieziemski talentem powinien być świadomy, że pociąg ku sławie może szybko się wykoleić.


Prawdziwa bomba wybuchła latem po debiutanckim (całkiem zresztą udanym) sezonie. Pod koniec sierpnia Beasley wrzucił na swojego twittera zdjęcie, na którym wprawne oczy internautów doszukały się woreczków z marihuaną. Kiedy media rozpoczęły swoje „śledztwo”, na jego koncie pojawiły się kolejne niepokojące wpisy:



Dlaczego czuję, że cały świat jest przeciwko mnie?

Czuję, że to nie ma sensu.

To już koniec.


Niebawem rozeszła się wiadomość, że skrzydłowy Heat trafił do ośrodka odwykowego w Houston. Nikt właściwie nie wiedział, jaki tak naprawdę był powód tego pobytu. Najbliżsi Beasleya zapewniali, że nie chodzi o narkotyki. Jeśli cofniemy się w czasie, by przeszukać prasę w poszukiwaniu informacji, natkniemy się na cały szereg hipotez z uzależnieniem i depresją na czele.


Trudno dociec dzisiaj, co tak naprawdę wydarzyło się w życiu Michaela Beasleya w sierpniu 2009 roku. Raczej na pewno była to jednak sprawa bardziej skomplikowana niż sugerowały to portale plotkarskie. Cokolwiek jednak by to było, Heat przekonali się, że Michael nie powinien być elementem odbudowy klubu i właściwie jego los w Miami został już wtedy przesądzony.


You are a sad, strange little man, and you have my pity


Przed sezonem 2010/11 Miami Heat musieli wreszcie pozbyć się Michaela Beasleya. Choć próbowali – bez powodzenia – wymienić go wcześniej, tym razem sprawa była poważniejsza, bo pieniądze płacone skrzydłowemu musiał spaść z listy płac zespołu, by dołączyć do Heat mogli LeBron James i Chris Bosh.


Ostatecznie niedawny drugi wybór w drafcie i niedoszła gwiazda NBA przeniósł się do Minnesoty w zamian za 2 wybory w drugiej rundzie draftu i odrobinę gotówki. Beasley mógł odczytać to jako brak szacunku – nie tylko ze strony swojego byłego już klubu, ale także innych drużyn w lidze, które nie próbowały go pozyskać (nawet za tak niską cenę). Michael zdążył dostać już łatkę „zgniłego jabłka” i nawet bardzo dobry drugi sezon nie był w stanie zmienić tej percepcji.


Warto zwrócić uwagę na to, że nawet David Kahn – menadżer Timberwolves, który zdecydował się na pozyskanie Beasleya, całkiem nieświadomie podkreślił tę łatkę, mówiąc o swoim nowym zawodniku:



Jest młodym, niedojrzałym dzieciakiem, który palił zbyt dużo marihuany. Powiedział mi, że już nie pali.


To, co był w stanie powiedzieć jedynie David Kahn, myślało pewnie wielu menadżerów i trenerów NBA. Potencjalne ryzyko przerosło już w tym momencie potencjalne zyski z zatrudnienia Beasleya.


Michael ze swojej strony zapowiadał, że świat wreszcie będzie miał okazje zobaczyć, że jest w nim dużo więcej niż głosi potoczna opinia. Początki w barwach Timberwolves zdawały się to potwierdzać, bo Beasley wyrósł nagle na jednego  z najlepszych ofensywnych graczy ligi. Niestety były to jedynie dobre złego początki.


No, no, no, no, no no!


Jeszcze przed swoim drugim sezonem w barwach Wolves, Beasley przypomniał o swoich wcześniejszych problemach z narkotykami i dał złapać się w samochodzie z torebką pełną marihuany. Michael, jakimś cudem, wybronił się, mówiąc, że narkotyki należały do jego znajomego, ale zły smak pozostał. Wraz z kłopotami poza parkietem przyszła też znacząca obniżka formy.


Beasley z miesiąca na miesiąc grał gorzej, a co za tym idzie krócej. Po wygaśnięciu jego debiutanckiego kontraktu, Minnesota nie była zainteresowana zatrzymaniem go w składzie. Na wolnym rynku również nie znalazł wielu wielbicieli swojego talentu. Większość zespołów nie była po prostu chętna, by ryzykować. Pomocną dłoń wyciągnęli do niego dopiero Phoenix Suns.


Beasley był już jednak w tym momencie w bardzo ciemnym miejscu. Jeszcze przed początkiem 2013 roku zdołał stracić miejsce w wyjściowym składzie słabej drużyny z Arizony, a następnie z każdym miesiącem staczał się jeszcze niżej, kończąc sezon – w wielu opiniach – jako jeden z najgorszych graczy w lidze.


Beasley w barwach Suns rzucał za dużo, pudłował za dużo, nie bronił, a przede wszystkim nie wyglądał, jakby zależało mu na tym, by się poprawić. Kompletna apatia i pasywność.


Kiedy latem usłyszeliśmy o tym, że Beasley po raz kolejny złapany został na posiadaniu marihuany, myślę, że nawet się nie zdziwiliśmy. Maciek podsumował to wtedy jednym, bardzo mocnym akapitem:



Michael Beasley niestety jest marihuaną – jest jej stereotypem, który nie byłby łatwym tematem dla środowisk starających o jej legalizację. Odwyk w 2009 roku, zatrzymanie w aucie z niemałą ilością w 2011, czy już niewywietrzony pokój na swoje dzieńdobry z NBA podczas „Rookie Transition Program” – lubi zapalić. Raz jeszcze – nic w tym złego. Inna rzecz, że przy tym jego kariera w NBA zmierza po równi pochyłej. Od sezonu w NCAA porównywanego z tym Kevina Duranta, przez bycie wybranym z nr 2 draftu, dobry sezon debiutancki w Miami, ławkę rezerwowych w Minnesocie, aż po siedzenie na jej końcu w jednej z najgorszych drużyn ligi.


Phoenix Sun nie zastanawiali się długo nad podjęciem oczekiwanej przez wszystkich decyzji i Lon Babby krótko pożegnał swojego skrzydłowego:



Suns byli zdecydowani pomóc Michaelowi Beasleyowi w osiągnięciu sukcesu w Phoenix. Mimo wszystko jednak jest kluczowym byśmy wymagali najwyższych standardów zachowania w życiu prywatnym i profesjonalnym, jeśli chcemy zbudować mistrzowską kulturę. Dzisiejsza decyzja odzwierciedla nasze przywiązanie do tych standardów.


Reszta się nie mieści chwilowo :)


Edytowane przez Ziejek
  • Like 3

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.