Skocz do zawartości
Dnc

Szósty gracz?

Rekomendowane odpowiedzi

coraz intymniejsze te pytania...

 

do wagi znaczenie ma także rodzaj i waga kości jak i ilość wody (alkohol?) w organizmie.....za dużo zmiennych aby złapać wspólny mianownik

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

180/90, sporo mięcha :D

 

Kurde, jestem prawie 10 cm wyższy i prawie 20 kilo lżejszy <auszwitz stajl>.

 

 

@Ignazz - z tą wodą masz rację, ale łatwo jest sprawdzić ile tak naprawdę mamy wody w organiźmie - zapewne wszyscy tutaj są na diecie high carb więc wystarczyłoby się przełączyć na jakieś 3 tygodnie na low carba(max. 70 g węgli dziennie) przy zachowaniu ilosci kalorii, tak żeby nie tracić na ubytku energii, ale jednocześnie przejść na ketozę. Woda pięknie schodzi z organizmu, ale trzeba się przestawić na dietę jajka, jajka, masło, śmietana, jajka, mieso, smalec, masło. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To ile Ty masz w udzie? :D

Teraz ok 60, ale sporo zbiłem przez ostatnie 2 lata, widzę po spodniach.

 

Poza tym dziewięćdziesiąt dziewięćdziesięciu nie równe. Mój kumpel ma 190 cm i też 90, a na oko jest bardziej "zaokrąglony", ale na górze podlany, dół ma bardzo słaby. Stawiając mnie obok niego i znając moją wagę, na spokojnie można go posądzić o ok 100 kg. Inny z kolei ma 188/86, a mięsa zero na całym ciele, chyba ołowiu się najadł i mu się gdzieś odłożył. Chudo wygląda, jak ja przy 70 kg. Nie wiem skąd się to bierze, może dlatego, ze ma naprawdę szeroką ramę.

 

Wiem za to, że nie warto kierować się zawsze stosunkiem wzrost/waga. Osobiście bardziej zwracam uwagę na proporcje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Teraz ok 60, ale sporo zbiłem przez ostatnie 2 lata, widzę po spodniach.

 

Poza tym dziewięćdziesiąt dziewięćdziesięciu nie równe. Mój kumpel ma 190 cm i też 90, a na oko jest bardziej "zaokrąglony", ale na górze podlany, dół ma bardzo słaby. Stawiając mnie obok niego i znając moją wagę, na spokojnie można go posądzić o ok 100 kg. Inny z kolei ma 188/86, a mięsa zero na całym ciele, chyba ołowiu się najadł i mu się gdzieś odłożył. Chudo wygląda, jak ja przy 70 kg. Nie wiem skąd się to bierze, może dlatego, ze ma naprawdę szeroką ramę.

 

Wiem za to, że nie warto kierować się zawsze stosunkiem wzrost/waga. Osobiście bardziej zwracam uwagę na proporcje.

Wychodzi na to, że ja to już w ogóle jestem nieźle spasiony ;) Bo przy 182-183cm wzrostu ważę około 92kg. Chociaż brak gry (już kilka lat) i moja ex doprowadziło do tego, że na wadze była już prawie paka i wielkie brzuszysko... Na szczęście rozstanie z laską i powrót na siłownię pozwoliły zrzucić balast w postaci brzucha (no już prawie, teraz trzeba pociąć ;) ) i wyglądać normalniej, chociaż ja mam ten kłopot, że nogi mam nieproporcjonalnie chude do góry, co wynika z faktu, że jak tylko zrobię nogi na siłowni, to od razu zaczynają napieprzać mnie kolana- ot... echa starych kontuzji... I nie ukrywam, że trochę lenistwo do robienia nóg...

Ale Matek jest generalnie tak jak piszesz- że waga wadze nierówna :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No to więcej ode mnie, chociaż startowe 65 to rzeczywiście dość spektakularny wynik.

 

W tym wywiadzie co BC napomknął Gortat mówił, że zszedł z poziomem tłuszczu tak nisko, że trenerzy kazali mu żreć w Macu, bo przy za niskim poziomie spala się mięśnie przy ich obciążeniach. Jeśli ktoś defaultowo jest wychudzony jak Bosh i wiecznie ma tego tłuszczu mało plus przemianę materii szybką i spala mięśnie, to jestem sobie w stanie wyobrazić, że permanentna walka o utrzymanie paru dodatkowych kilo może po prostu być nieopłacalna.

Bredzisz. Dodatni bilans kaloryczny i utrzyma wagę, a przy jakości ćwiczeń i jedzenia powinna rosnąć bez problemu. Jeśli to się nie udaje to są 2 wyjścia. 1 Nie chce tego zrobić 2 ma jakiś problem ze zdrowiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

trochę się offtop zrobił, wtrącę swoje trzy grosze:

 

www.koxteam.pl

 

dział artykuły, faq i forum -> najlepszy moim zdaniem portal nt. siłowni, treningu, diety i siły. Wiedza w pigułce bez zbędnego pi****lenia, krosfitu i mitów o ważności 5 posiłków w ciągu dnia. POLECAM

 

 

60 w udzie to nie jest dobrze zbudowane udo ;)

192/97 i udo 69 here

 

 

 

 

edit:

^up

dokładnie tak

 

 

 

edit2:

tomek4:

solution:

siady. głębokie siady ATG

Edytowane przez szymcio

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Na prawdę nikt nie może przesłać tego jednego artykułu? Nie proszę o wiele, a bardzo chciałbym przeczytać ten artykuł ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziesięć lat temu Tracy McGrady po raz pierwszy w karierze został królem strzelców NBA, zdobywając wówczas średnio 32.1 punktów dla Orlando Magic. Teraz siedzi na ławce San Antonio Spurs i w tych playoffs jeszcze ani razu nie udało mu się trafić do kosza. Dziesięć lat temu po raz pierwszy w karierze był o krok od awansu do drugiej rundy playoffs, kiedy Magic prowadzili już 3-1 w serii z Detroit Pistons, a on rzucił 89 punktów w pierwszych dwóch spotkaniach. Teraz nie tylko po raz pierwszy miał okazję wystąpić w dalszej ich fazie, ale też już tylko trzy zwycięstwa dzielą go od mistrzostwa.

T-Mac był jedną z największych gwiazd NBA, ale kontuzje kolana i pleców zatrzymały jego karierę i dlatego też jak mało kto, wie co może czuć obecnie Dwyane Wade mający problem z kolanem.

„Wiem przez co przechodzi. Wygląda jakby tracił pewność co do niektórych rzeczy, które był przyzwyczajony robić. Jest niepewny. Rozumiem to. Wiecie – ‚Robiłem ten ruch wcześniej, ale jeśli go zrobię, czy to będzie mnie bolało?’ Przechodziłem przez to. Masz to z tyłu głowy. Pewność siebie i możliwości umysłowe. To wpływa na twoją grę.”

„Ja zostałem kontuzjowany w moim jedenastym roku gry. Moje kolano przestało działać w moim jedenastym roku, Dwyane jest w swoim dziesiątym. Wielu graczy zmaga się z problemami kolan po swoim 10 roku kariery. To się zdarza kiedy grasz tak dużo meczów. Musiałem robić dużo więcej niż inni.”

Przez te kontuzje od kilku lat 33-letni McGrady jest już tylko cieniem samego siebie, tułając się po lidze i co chwilę zmieniając barwy klubowe. W tym sezonie musiał nawet szukać dla siebie miejsca poza USA i wylądował w Chinach, gdzie nadal ma wielu fanów pamiętających jeszcze czasy jego wspólnej gry z Yao Mingiem. Za Wielkim Murem występując w barwach Qingdao Eagles znowu był gwiazdą, znowu zdobywał dużo punktów (średnio 25), ale jego drużyna zajęła ostatnie miejsce w tabeli. To typowe dla T-Maca, tak właśnie wyglądała cała lub większość jego kariery.

Dziesięć lat temu brakowało mu już tylko jednej wygranej, aby wreszcie dostać się do drugiej rundy. Nie udało się. Pistons pokonali Magic w trzech kolejnych meczach i to oni grali dalej. To był dla T-Maca pierwszy z trzech kolejnych przegranych meczów nr 7 w pierwszej rundzie. W 2003 roku jego najlepszym partnerem był… Drew Gooden, na ławce miał do pomocy grubego Shawna Kempa i mógł też liczyć na mentalne wsparcie kontuzjowanego Granta Hilla. Ale później w Houston Rockets, mimo że miał już u boku Yao i Jeffa Van Gundy’ego, też nie mógł przejść do II rundy. W 2005 i 2007 roku nadal kończyło się porażkami w meczach nr 7 i średnio 59 punktów duetu McGrady-Yao nie wystarczyło. Rockets przebili się przez pierwszą rundę dopiero w 2008 roku, kiedy …T-Mac był poza grą. Tym bardziej przyczepiła się do niego łatka losera. Zawodnika ze świetnymi statystykami indywidualnymi, ale bez sukcesów zespołowych. Nie można jednak zapomnieć, że miał też trochę pecha i przez całą karierę prześladowały go kontuzje. Najpierw Granta Hilla, później Yao Minga, a na koniec dopadły też i jego samego.

„Jestem prawdopodobnie jedną z niewielu gwiazd w tej lidze, które przeszły przez tyle rzeczy. Nie miałem zbyt wiele pomocy w Orlando, kiedy byłem w szycie swojej gry. Potem był problem ze znalezieniem talentu, aby otoczyć mnie i Yao Minga w Houston. Było ciężko… To jest historia mojej kariery. Cztery lata grałam w Orlando, marząc o posiadaniu obok siebie zdrowego Granta Hilla. Grając w Houston, nie miałem często Yao Minga. Wtedy, kiedy awansowali nie grałem. To było częścią mojej kariery.”

Miał też pecha, bo niewiele brakowało, a to on byłby częścią pierwszej Wielkiej Trójki na Florydzie. Ostatnio pisałem o tym jak blisko było do przeprowadzki Jasona Kidda do San Antonio. Ale zanim Duncan myślał o wspólnej grze z Kiddem, wcześniej, kiedy był wolnym agentem w 2000 roku, zastanawiał się nad połączeniem sił z McGrady’m i Hillem w Orlando.

„Rozmawialiśmy o tym ostatnio w autokarze. Powiedziałem mu, że byłem wkurzony, że nie podpisał kontraktu w Orlando. Powiedział, że Pop przekonał go, żeby wrócił. Wiedziałem, że będzie ciężko go ściągnąć, ale to byłoby wspaniałe.”

Teraz w końcu są w jednej drużynie, ale T-Mac jest już tylko kibicem i nawet nie liczy na to, że będzie mógł zrobić coś więcej w tych Finałach.

„Cholera, nie sądzę, że zagram. Po prostu oglądam tak jak wy. Mam tylko lepsze miejsce.”

[obrazek]

Ten T-Mac został nam już tylko we wspomnieniach:

[obrazek]

Jako liderowi drużyny nigdy nie udało mu się wygrać serii playoffs, ale na koniec kariery może sięgnąć po tytuł. Ma szansę zdobyć pierścień imienia Adama Morrisona, czyli zostać mistrzem tylko dlatego, że siedział na końcu ławki mistrzowskiej drużyny. To oczywiście nie zmieni postrzegania jego kariery, zawsze będzie tym super strzelcem, który nic nie wygrał, tak samo jak Morrison jest wielkim draftowym bustem Michaela Jordana. Ale może nie powyrównujmy go z Morrisonem, bo to nie fair. T-Mac osiągnął dużo, bardzo dużo w swojej karierze i myślę, że wielu z nas życzyłoby mu na zakończenie nagrody pocieszenia w postaci pierścienia.

„Zawsze byłem tym, który mówił i zastanawiał się jak może się czuć w mistrzowskiej drużynie ktoś kto nie ma żadnego wpływu na grę, na samo zdobycie mistrzostwa… Spójrz, jestem w takiej sytuacji. Nie mogę robić nic tylko docenić tę okazję. Wydaje się, że to stało się nie bez przyczyny, że jestem tutaj, mimo tego że nie gram.”

T-Macowi pozostaje więc po prostu cieszyć się chwilą i tym, że będzie miał okazję zakończyć karierę ‚występem’ w finałach. Spurs dzielą jeszcze trzy zwycięstwa od tego, aby można było o nim mówić ‚Mistrz NBA Tracy McGrady’.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Między Magicem a Kobe’m był Sedale Threatt

Autor: Adam Szczepański FavoriteDodaj do moich ulubionych tekstów Sierpień 24, 2013

 

fot. LA Times

W historii Los Angeles Lakers było trzech zawodników, którzy w jednym sezonie równocześnie byli liderami drużyny pod względem średniej punktów, asyst i przechwytów. Był to Magic Johnson, Kobe Bryant i… szybko skanujemy długą listę legend Lakers szukając odpowiedzi, mijamy kolejne znane nazwiska i wyskakuje nam niejaki Sedale Threatt. Długoletni fani Lakers na pewno go pamiętają, ale dla większości to raczej anonimowa postać. Właśnie on jest tym trzecim, a dokonał tego 20 lat temu. W składzie zespołu z sezonu 1992/93 był jeszcze zbliżający się do końca swojej kariery James Worthy, weterani Byron Scott i Sam Perkins, a także młody Vlade Divac, ale to Threatt był najlepszym zawodnikiem Lakers w tamtym czasie. Już rok wcześniej przewodził im w asystach i przechwytach, próbując choć w części załatać ogromną dziurę jaką zostawił po sobie Magic Johnson po nagłej decyzji o końcu kariery.

Threatt trafił do NBA w 1983 roku z małej uczelni West Virginia University Institute of Technology. Został wybrany w szóstej rundzie draftu z odległym 139 numerem przez Philadelphia 76ers. Po kilku latach w Philly wytransferowano go do Chicago Bulls, a później do Seattle SuperSonics. Przez pierwsze 8 sezonów swojej kariery był dobrym role playerem, wykorzystywanym zarówno jako jedynka, jak i dwójka. Nie by playmakerem, był guardem potrafiącym grać po obu stronach parkietu. Dysponował świetnym pull-up jumperem, umiał corssoverem minąć rywala i dostać się pod kosza, a także wyprowadzać szybkie kontry i znaleźć kolegów na wolnej pozycji. Był też bardzo dobrym defensorem, skutecznie wykradającym piłki rywalom.

W ten sposób, będąc już w LA, mijał swojego byłego kolegę z zespołu Gary’ego Paytona

 

Lakers pozyskali go już w trakcie obozu przygotowawczego przed sezonem 1991/92. Oddali Sonics w zamian trzy picki w drugiej rundzie draftu, mając nadzieję, że 30-letni wówczas Threatt będzie przede wszystkim przydatnym zmiennikiem dla Magica. Jednak ledwie miesiąc po tym transferze miała miejsca konferencja prasowa Johnsona, która zaszokowała cały sportowy świat. Lakers zostali bez swojej największej gwiazdy i w tej sytuacji Threattowi przypadła rola podstawowego rozgrywającego, którym nigdy wcześniej nie był. Dopiero będąc w Seattle trener KC Jones uczył go jak powinien grać point guard i ta nauka okazała się niezwykle przydatna.

„Rozwinąłem się nieco późno w mojej karierze ze względu na rzeczy, których nie wiedziałem. Utknąłem między pozycjami jeden i dwa i to nie była niczyja wina. Spójrz za kim grałem – Michael Jordan w Chicago, Dale Ellis w Seattle, Maurice Cheeks w Filadelfii. Każdy z nich jest All-Starem, to było trudne. Teraz zmieniam się w kompletnego gracza.” – mówił na początku swojego pierwszego sezonu w Lakers.

Wiadomo było, że nie zastąpi Magica, ale po słabym debiucie w nowych barwach, w kolejnych meczach Sedale spisywał się już bardzo dobrze. Szybko odnalazł się w nowej roli i stał się jednym z liderów drużyny. Lakers rozpoczęli tamte rozgrywki od trzech porażek w czterech meczach, w międzyczasie dowiedzieli się, że tracą Magica, ale mimo że był to dla nich trudny okres, nie załamali się. Ta sytuacja zmotywowała ich do walki i zanotowali serię 9 zwycięstw, podczas której Threatt notował 13.4 punktów, 8.2 asyst i 2.2 przechwytów.

„Nie jestem Magicem Johnsonem i nigdy nim nie będę. Wszystko co mogę zrobić to próbować pomóc tej drużynie wygrać mecze w jakikolwiek sposób potrafię.”

Lakers do samego końca fazy zasadniczej walczyli o przedłużenie swojej serii do 16 kolejnych występów w playoffs. Zapewnili sobie miejsce w najlepszej ósemce Zachodu dopiero w ostatnim meczu sezonu przeciwko LA Clippers, który wygrali jednym punktem po dogrywce. Na samym finiszu kluczową rolę odegrał Threatt, trafiając decydujący rzut, w odpowiedzi Doc Rivers spudłował i Lakers mogli świętować awans do playoffs. W pierwszej rundzie spotkali się z Portland Trail Blazers i szybko odpadli po czterech meczach, ale Sedale pomógł im uniknąć sweepu mając 24 punkty i 6 asyst w game 3.

Threatt zakończył sezon z średnimi 15.1 punktów, 7.2 asyst i 2 przechwyty. Wykorzystał swoją szansę. Przez lata był rezerwowym i nagle nie tylko, że dostał miejsce w pierwszej piątce to jeszcze miał okazję występować na wielkiej scenie w Los Angeles. Jego nazwisko zaczęło być rozpoznawalne w NBA. Trener Mike Dunleavy nie był tym zaskoczony:

„Naprawdę byłem człowiekiem Sedale’a od pierwszego dnia, kiedy go dostaliśmy. Jerry West przyszedł do mnie pewnego dnia i powiedział: ‚Możemy dostać Sedale’a Threattea za kilka picków w drugiej rundzie. Co o tym myślisz?’ Powiedziałem: ‚Sedale Threatt? Weźmy go.’ On był kimś kogo zawsze wysoko ceniłem, kimś kto wyglądał jakby nigdy nie wykorzystał maksimum swojego potencjału.”

W Lakers dostał okazję, aby pokazać na co go stać. Nazwanie go gwiazdą prawdopodobnie byłoby przesadą, biorąc pod uwagę historię tej drużyny, ale w tamtym czasie niektórzy tak na niego patrzyli.

Mikey Downey z LA Times w grudniu 1992 pisał:

Nie jestem pewien czy wszyscy zdają sobie sprawę co ten gość robi. Wiedzieliście na przykład, że Threatt rozegrał o ponad 100 minut więcej w poprzednim sezonie niż jakikolwiek inny Laker? Że był liderem drużyny w zdobytych punktach, asystach i przechwytach? To wszystko grając właściwie nie na swojej pozycji? To wszystko przejmując pozycję najwspanialszego zawodnika w historii tej drużyny i prawdopodobnie ligi?

Sedale Threatt bagatelizuje swój sukces, będzie ostatnim, który to zasugeruje – więc pozwólcie, że ja to zrobię – powinien być głównym kandydatem do Meczu Gwiazd rozgrywanego w lutym w Utah.

Sedale w All-Stare Game oczywiście nie wystąpił, ale w swoim drugiem sezonie w Kalifornii był najlepszym strzelcem Lakers. Chociaż dodajmy od razu, że jego średnia punktów nie była wcale wyższa niż rok wcześniej. Zdobywał 15.1 punktów z bardzo dobrą skutecznością 50.8% z gry. Miał też 6.9 asyst, 3.3 zbiórek i 1.7 przechwytów. Lakers co prawda zakończyli rozgrywki na minusie wygrywając tylko 39 spotkań, ale wystarczyło to, aby po raz kolejny dostać się do playoffs.

W pierwszej rundzie zmierzyli się z najlepszymi w lidze Phoenix Suns. Byli skazywani na szybką porażkę, ale zaskoczyli swoich rywali. W pierwszym meczu Suns grali bez kontuzjowanego Kevina Johnsona, co bezwzględnie wykorzystał Threatt. Zdobył 35 punktów trafiając 17 z 24 rzutów z gry, zaliczył 7 asyst i 3 przechwyty prowadząc Lakers do zwycięstwa. Po powrocie KJ’a, Sedale już tak nie szalał, ale game 2 również należał do ekipy z LA i zaczęło pachnieć sensacją. Suns jednak odpowiedzieli trzema kolejnymi wygranymi i uniknęli kompromitacji, a później dotarli aż do wielkiego finału.

Charles Barkley był wówczas MVP ligi, a Threatt przy okazji pojedynku z nim wspominał czasy, kiedy razem grali w Sixers. Charles trafił do ligi rok później niż Sedale, dlatego ‚doświadczony’ drugoroczniak wykorzystywał debiutanta podczas wyjazdów:

„Kazałem Charlesowi chodzić po mleko dla mnie i gasić światło.”

W następnym sezonie do Lakers trafił rookie Nick Van Exel i 32-letni Threat przesunął się do roli rezerwowego, będąc najlepszym strzelcem z ławki. Przez dwa kolejne lata był przydatnym zmiennikiem, ale jego rola systematycznie malała i w 1996 nie przedłużono z nim kontraktu. W sumie spędził w LA pięć sezonów i był to dla niego bardzo udany okres, najlepszy w jego karierze. Przede wszystkim pierwsze trzy lata, kiedy jak zauważa Andrew Sweat z YahooSports, statystycznie był jednym z najlepszych guardów w lidze:

Przez pierwsze trzy sezony w Lakers (1992-94) Sedale Threatt zaliczał średnie w Top-10 wśród guardów w NBA: 14 punktów, 6.1 asyst, 1.7 przechwytów i 49.4% z gry.

Threatt był jednym z tylko 10 zawodników, którzy mieli średnie punktów, asyst i przechwytów na takim poziomie w tym trzyletnim okresie. Znalazł się w grupie takich zawodników jak John Stockton, Scottie Pippen, Kevin Johnson, Tim Hardaway i Anfernee Hardaway.

Miał swoje pięć minut w historii Lakers. Przez chwilę wyszedł z cienia i był najlepszym zawodnikiem tego wspaniałego klubu. Pomógł im przejść przez bardzo trudny okres po nagłym końcu kariery Magica i pozostać w gronie playoffowych drużyn. I do teraz ma swoje miejsce w historii klubu, z średnią 5.2 asyst zajmuje piątą pozycję wśród najlepiej podających zawodników Lakers. Tylko Magic, Norm Nixon, Van Exel i Jerry West zaliczali więcej asyst.

Między zakończeniem kariery przez Magica, a przybyciem do LA Shaqa i Kobe’go, był czas Sedale’a Threatta. Nie był on wielką postacią, ale ciekawym zawodnikiem, o którym warto pamiętać. W końcu nie każdy może powiedzieć, że był najlepszym strzelcem Lakers, zdobył dla nich 35 punktów w meczu playoffs, prze dwa lata przewodził im pod względem asysty, a młody Sir Charles był jego chłopcem na posyłki i przynosił mu mleko.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

zajebisty art... gościa pamiętałem ale nie miałem świadomości statystycznej skali jego osiągnięć

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Skoro wam się tak art spodobał to może dorzuccie coś do "skarpety" autorowi :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

1. W skali od 1 do 10, jak oceniasz występ reprezentacji Polski na EuroBaskecie?

Marek Dziuba: 1. Wygrana w meczu o pietruszkę ze Słowenią nie może niestety przysłaniać tego, jak tragiczny był to Eurobasket w wykonaniu Polaków. Straszny falstart z Gruzją, przegrany wygrany mecz z Czechami, beznadziejny początek z Chorwacją i te wstrętne baty od Hiszpanów ech… pilot nie raz aż się prosił, by przełączyć gdziekolwiek indziej, choćby na „Klan”. Wobec postawy naszych koszykarzy nawet to wydawało się całkiem znośne…

Sebastian Hetman: 3 – biorąc po uwagę jakąkolwiek chęć walki w meczu ze Słowenią, która wydaje mi się, że odpuściła. Poza tym było gdzieś widać jakieś małe chęci u niektórych graczy. Koniec historii…

Michał Kajzerek: 5. To bardzo duża skala, ale moja „piątka” wynika z nastawienia, które od początku forsował trener Bauermann. Kurz opadł i staramy się spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy, aby w ocenie kadry wziąć pod uwagę zarówno te kwarty, w których dominowaliśmy, jak i upokarzające momenty wielkiego lania. Wyniki nie opowiadają całej historii EuroBasketu w wykonaniu reprezentacji Polski i zapewne przez kolejnych kilka tygodni poznamy co najmniej parę teorii, które siłą rzeczy będą wyciągane z kapelusza. Raz jeszcze potrzebujemy szybko puścić ten turniej w niepamięć i skupić się najpierw na eliminacjach, które koniecznie muszą być rozegranie w składzie, jaki pojedzie na ME do Ukrainy.

Maciej Kwiatkowski: 2. 65.8 punktów (23 miejsce z 24 zespołów) i 15.8 strat na mecz (22 m). Dla wielu, jeśli nie wszystkich, graczy z pokolenia 80-85 (Koszarek, Ignerski, Gortat, Lampe) był to najniższy punkt ich zawodowej kariery, coś co będą próbowali wymazać po latach z pamięci.

Damian Solnica: 3. Przed turniejem starałem się z dystansem podchodzić do występu naszej reprezentacji, ale nie ma wątpliwości, że występ ten okazał się kompromitacją, którą minimalnie tylko ratuje wygrana ze Słowenią. Zakładałem możliwość nie wyjścia z grupy, ale nie w takim stylu i mimo wszystko miałem nadzieję na dobry występ naszej kadry. Skończyło się klęską z Gruzją, czymś co ciężko adekwatnie określić w pierwszej połowie z Hiszpanią, bardzo słabą postawą większości zawodników, która poskutkowała takimi, a nie innymi wynikami, no i w ostatecznym rozrachunku sporym zawodem, bo wszyscy liczyliśmy na więcej.

Kosma Zatorski: 2. Przepraszam, ale widziałem większość przedturniejowych potyczek Polaków, do tego na Agrykoli liście spadły z drzew i przykryły boisko, a wieczorami pada deszcz. Mam prawo czuć się ogólnie przygnębiony. W sparingach (czy mieliśmy za słabych rywali – chyba jednak nie) wyglądaliśmy bardzo dobrze, dzieliliśmy się piłką, naszym zawodnikom nie drżały ręce. Nie ma sensu wymieniać i chwalić teraz pozytywy poszczególnych graczy, skoro zupełnie nie było ich widać podczas turnieju w Słowenii. Pozytywy? Szczepan Radzki na polskikosz.pl próbował je wymienić, niestety nie wiązały się z niczym, co dotyczy boiska. 2 punkty daję za postawę Krzysztofa Szubargi w meczu z Chorwacją i świetny turniej Michała Ignerskiego. Szkoda, jestem przygnębiony. Jeszcze cztery odpowiedzi i pójdę po piwo…

2. Główna przyczyna porażki to…

Dziuba: Jest ich trochę, ale przede wszystkim rozgrywający/obwodowi zachowywali się jakby do piątego metra od kosza rozsiane były psie odchody. Zdecydowanie brakowało ostrych wejść wgłąb pomalowanego i stąd gra na dwie wieże Gortata i Lampego totalnie nie wypaliła. Zawiódł mnie zwłaszcza Maciek. Grał tak jakoś ociężale, bez polotu, tracił mnóstwo piłek, nic praktycznie nie zbierał, był jak bujane krzesło w obronie, a co gorsze nawet w ataku nie pomagał. Poza tym wielu zawodnikom po prostu brakowało odwagi by oddać rzut i to z dogodnej sytuacji, potem padała kolejna wiązanka podań i ostatecznie kończyło się stratą.

Hetman: Hajp i ogromna pewność siebie naszych największych gwiazd, które zagrały znacznie poniżej oczekiwań. W Celje każdy miał głęboko w poważaniu, że Gortat gra w NBA, a Lampe będzie skrzydłowym Barcelony. Ten duet miał nas chociaż wyprowadzić z grupy, która nie była taka trudna pod względem wysokich w innych zespołach. Hiszpanie byli poza zasięgiem, z resztą mogliśmy spokojnie grać o wszystko. Charakter całego zespołu został zamknięty w piwnicy.

Kajzerek: Nie da sie wszystkich złych rzeczy, które stały się na tym turnieju sprowadzić do jednego mianownika. Nastawienie mentalne reprezentacji, przygotowanie fizyczne i brak kreatywności z obwodu oraz „syndrom Lewandowskiego” Marcina Gortata. Ktoś inny może z tego wielkiego worka wyciągnąć zupełnie inne przyczyny, które wpłynęły na kadrę. Trener i zawodnicy są świadomi błędów jakie popełnili w głowie i na parkiecie. Bijąca nas Gruzja była kubłem zimnej wody. Polacy wyprowadzenia z równowagi nie byli w stanie odzyskać przekonania w kolektyw, jaki tworzyli w trakcie przygotowań.

Kwiatkowski: Brak dynamicznego kreatora z obwodu. Takiego, który potrafiłby wykorzystać dwójkową grę z tercetem (+ Karnowski) wysokich graczy. Praktycznie każda reprezentacja na EuroBaskecie dysponuje zawodnikiem łączącym szybkość z kreatywnością. Nasi dwaj rozgrywający oddali w pięciu meczach po osiem rzutów za dwa i sześć za 1.

Solnica: Psychika. Do meczu z Gruzinami Polacy przystąpili z pełnymi gaciami, czego efekty wszyscy widzieliśmy. Być może nie udźwignęli presji jaka wytworzyła się w środowisku koszykarskim (choć sami się do tego przyłożyli swoimi wypowiedziami), a być może po prostu za bardzo chcieli tę presję udźwignąć, a wiadomo jak to jest z tymi, co chcą za bardzo. Po takiej inauguracji ciężko już było im się pozbierać, a na dobicie dostali jeszcze porażkę z Czechami w ostatniej akcji meczu – po tym nie było już czego zbierać. Gdy ze Słowenią zagrali mecz bez żadnego większego ciśnienia to pokazali porządny basket – znowu wpadały trójki, Gortat dominował pod koszami i nawet Łukasz Koszarek dogrywał z połowy na alley-oopy w kontrze. Tylko, że to był już sparing.

Zatorski: 1) Statyczność w rozgrywaniu piłki przez Łukasza Koszarka. To mnie martwi szczególnie, ponieważ widziałem sporo meczów Koszarka w TBL. Tam nie dość, że z łatwością rozdawał asysty to jeszcze trafiał za trzy. W Słowenii wyglądał jak zmęczony trudami sezonu zawodnik, który kompletnie nie ma pomysłu czy może nawet chęci by mijać rywala i nie dorzuca za trzy. 2) Wspólna gra dwójki Gortat – Lampe. Znacie statystyki wspólnej gry naszych wysokich na pamięć. Bauermann jednak z uporem. 3) Brak agresji, chęci gry, chemii, woli walki – czyli wszystkich cech, które sprawiły, że przegraliśmy z Czechami i Chorwacją. 4) Drżące rączki naszych obwodowych – poza za przebłyskami dobrej gry Przemysława Zamojskiego, zarówno Kelati jak i Waczyński nie mogą tego turnieju zaliczyć do udanych. 5) Decyzje trenera Bauermana – brak Ignerskiego na boisku w końcówce z Czechami, podczas gdy sam doprowadził do tego, że mogliśmy ponownie ten mecz wygrać, uparte stawianie na będącego w kryzysie Lampego, granie z uporem „widełek” po których wysocy obrońcy zagęszczali i tak wąskie pole manewru, jakim dysponowali nasi rozgyrywający. 6) Musi być coś jeszcze. Coś o czym na razie nie wiemy…

3. Czy kibice powinni winić media za ‚pompowanie balonika’?

Dziuba: Poniekąd tak, bo Polacy rzeczywiście przyjechali na turniej jakby wszyscy przeciwnicy mieli uklęknąć przed nimi, przeleżeć mecz i po wszystkim pójść na herbatkę. Tak czy siak nie widzę nic złego w pobudzaniu oczekiwań. Profesjonaliści muszą radzić sobie z presją.

Hetman: Tak. Bo takie sytuacje ciągną się od wielu lat w temacie różnych reprezentacji Polski. Piłkarze, siatkarze, koszykarze. Każdy pada przed wielką imprezą ofiarą hajpu, który nakręca prasa po np. jednym dobrym turnieju przygotowawczym. W przypadku koszykarzy ten balonik pompował się chyba za szybko, a sami gracze za bardzo w siebie uwierzyli. Na imprezach o takiej randze nie ma nic za darmo. Dodatkowo presja towarzysząca zawodnikom jest ogromna, bo przecież naród oczekuje czegoś wielkiego, skoro eksperci zapewniają, typują, twierdzą.

Kajzerek: To kwestia, która może mieć miliony głosów. Dziennikarze – zwłaszcza ci najbliżej reprezentacji – zachłysnęli się optymizmem i mieli do tego prawo, bo wszystko wskazywało na to, że EuroBasket 2013 może być tryumfem polskiej koszykówki. Kibic, który zdecydował się obejrzeć EuroBasket, bo przeczytał w Internecie lub prasie, że Polacy jadą na Słowenię rozbijać bank może faktycznie poczuć się odrobinę oszukany i rozczarowany. Niemniej jakiekolwiek przerzucanie winy na media jest drogą na skróty.

Kwiatkowski: Raczej tak. Nikt nie spodziewał się tego co wydarzy się w meczu z Gruzją, ale wystarczy że czuję wstyd, bo byłem pewien i pisałem, że nawet jesli nie wyjdziemy z grupy, to będzie to koszykówka do oglądania. Nie była nawet blisko. Nie powinniśmy pisać tego koszykarzom, bo oni to czytają.

Solnica: Nie. Taka jest rola mediów, a wychodzę z założenia że każdy ma swój rozum i powinien potrafić samodzielnie ocenić na co stać drużynę. W obwinaniu mediów celować będą pewnie osoby, które na codzień z koszykówką wiele wspólnego nie mają, bo ci którzy są z nią na bieżąco widzieli, że mimo pewnych braków w naszej kadrze, można mieć nadzieję na coś więcej. Nie na medale czy nawet awans do Mistrzostw Świata, ale po prostu na dobrą koszykówkę. Tej zabrakło, ale jaka w tym wina mediów?

Zatorski: Nie. Wszyscy daliśmy się porwać kadrze i uwierzyliśmy, że czeka nas deja vu z Hiszpanii…

4. Nie zajmujemy się na Szóstym Graczu polską koszykówką, ale, koledzy, skoro jest okazja… Największy problem polskiej koszykówki to…

Dziuba: Brak klasowego rozgrywającego. Nie mam nic więcej do dodania. Miejmy nadzieję, że właśnie gdzieś po polskich boiskach biega nasz Krzysiek Paweł:)

Hetman: Szkolenie. Nadal szkolenie młodzieży, na które wciąż brakuje pieniędzy, aczkolwiek kadry młodzieżowe radziły sobie w tym roku całkiem nieźle. Dodałbym do tego problemy z popularyzacją i rozkręcaniem tej dyscypliny, czego najświeższym dowodem był/jest Eurobasket niedostępny dla wszystkich użytkowników. No chyba, że ktoś wykupił pakiet na IPLA.TV, albo posiada wszystkie kanały polsatowskie.

Kajzerek: Z obserwacji własnych mogę powiedzieć tylko tyle, że za mało uwagi poświęca się kwintesencji koszykówki, czyli samej grze.

Kwiatkowski: Szkolenie. Jak to jest, że nie możemy od wielu lat dochować się takiego gracza jak np Czech Tomas Satoransky? Zacytuję ojca „Daj mi znać gdy będziemy mieli lepszego obwodowego niż Andrzej Pluta”.

Solnica: Wszystko po trochu. Nic mądrzejszego nie wymyśliłem, bo pewnie problem jest – właśnie – we wszystkim po trochu – jakości zawodników i trenerów, złym szkoleniu, słabej lidze, małym zainteresowaniem kibiców i mediów itd. Tak naprawdę mamy tylko kilku graczy na europejskim poziomie i może ten wynik na EuroBaskecie to po prostu nasze miejsce w koszykówce, do którego powinniśmy się przyzwyczaić? Problemem jest też to, że wszyscy mamy dostęp do League Passa czy nawet zwykłych internetowych streamów i wiemy jak może wyglądać koszykówka, przez co do naszego rodzimego basketu w większości podchodzimy jak do pewnego rodzaju folkloru.

Zatorski: Brak młodzieży. Jest Ponitka i Karnowski, za nimi może Gielo i Michalak, który jakoś stanął w miejscu. Reszta? Nie mamy rozgrywających. Najbardziej obiecujący z nich Grzegorz Grochowski od 3 lat nie może przebić się do ekstraklasy.

5. Czy Dirk Bauermann powinien stracić pracę?

Dziuba: Wszystko wskazuje na to, że tak. Cała taktyka Polaków była prostsza od zrobienia kakao. Jak długo można było czekać z tak oczywistym usprawnieniem jak Ignerski w pierwszej piątce? Nawet mój ojciec – który koszykówką interesuje się jak ja wystawami roślin – dostrzegał bez zaawansowanych statystyk, że coś zaczyna działać, gdy obok Marcina mamy typowego stretch-4.

Hetman: Nie. Dlatego, że miał mało czasu na ogarnięcie całego projektu, a sami gracze stoją za nim murem. Ponoć ma świetny warsztat, chce wygrywać, motywuje. Na tych mistrzostwach chciał chyba bardziej niż sami gracze.

Kajzerek: Nie. Dirk Bauermann powinien pozostać na swoim stanowisku, jeżeli stanie się bardziej elastycznym trenerem. Odnoszę wrażenie, że jego konserwatyzm może przynieść oczekiwany skutek tylko, gdy zespół jest jednolitym tworem przez parę lat. W reprezentacji Polski o to niezwykle trudno, dlatego Niemiec powinien pozwolić naszym reprezentantom na odrobinę improwizacji, zwłaszcza gdy nasi rozgrywajacy czują przewagę nad rywalem.

Kwiatkowski: Tak. To nie jest konkurs piękności – Bauermann sprawia wrażenie profesjonalisty, ale zawiódł na całej linii jeśli chodzi o motywowanie zespołu i trafienie do zawodników: oddany na rozgrzewce pierwszy mecz z Gruzją, start 4-24 z Chorwacją, potem 5-25 z Hiszpanią już w następnym meczu. Związek jest od podejmowania decyzji w skali makro – być może Bauermann zawiódł najmniej, może gracze bardziej (ktoś potrafi to ocenić? powodzenia), ale to związek odpowiada za dobranie odpowiedniego trenera do przewidywanej grupy zawodników.

Solnica: Nie. Wszyscy raczej pozytywnie ocenialiśmy zatrudnienie Dirka Bauermanna na tym stanowisku, wszyscy byliśmy też raczej zadowoleni z tego, jak kadra wyglądała w okresie przygotowawczym, wszyscy też jesteśmy zawiedzeni wynikiem na Eurobaskecie, ale… spokojnie. Popełnił kilka błędów, ale mimo wszystko Dirk Bauermann to dobry trener, wie o co w tym wszystkim chodzi i jestem przekonany, że może jeszcze z naszą reprezentacją zdziałać coś dobrego. Jestem na „nie” też dlatego, że ciężko będzie znaleźć nam lepszego szkoleniowca (bo Ukraińcy raczej nie oddadzą nam Mike’a Fratello, co nie?).

Zatorski: Nie powinien. Dajmy mu szanse popracować z kadrą. Spójrzmy na inne reprezentacje: choćby Czech czy Finlandii. Tam kredyt zaufania dał efekt.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.