Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

Gość eF.

A ja uważam, że lojalność względem klubu to mistrzostwo. W świecie gdzie wszystko da się kupić, a ludzie są coraz głupsi i w pogoni za $ zrobią dosłownie wszystko to jest coś co należy chwalić. Tacy wierni ludzie są na wymarciu - Ci którzy widzą w tym coś więcej niż tylko łatwe hajsy i ucieczkę po większe, lepsze. A że są na wymarciu to ubolewam nad tym. Przykładowo w  piłce nożnej takie postaci są niemal święte, a jest ich kilkunastu / kilkudziesięciu? Oby w koszykówce takich postaci było równie dużo, bo to jest piękne samo w sobie i nie zabijesz tego niczym. Patrz na Dirka Nowickiego. Swojak, prawie. 20 lat w klubie, rezygnuje z większych zarobków (nie raz, nie dwa) by dać elastyczność Dallas. 20 lat. I jak tu nie szanować takich ludzi? To jest właśnie najbardziej inspirujące dla innych (według mnie), a nie bycie k*rwą łasą na hajs. Lojalność to coś co powinno być na piedestale w sporcie (w życiu również), coś co sprawia, że jesteś wyjątkowy. Serio.

Edytowane przez eF.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak z ciekawości jest powód dla, którego pominąłeś smród po odejściu Allena z Bostonu? Przecież tam do dziś Garnett czy PP nie podają dłoni bodajże

 

Z Haywardem to akurat zły przykład bo Gordon od 3 lipca przestał dbierać telefony od wszystkich graczy Jazz i to nawet takich z którymi się przyjażnił jak Gobert czy Ingles... I o to jest spory żal

 

 

Inna sprawa ze Denver przepraszało jak oddawało Billupsa do Knicks...I obie strony były smutne ale rozumiały, że to taki biznes

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lojalność? Taki Porzingis ma dwadzieścia lat szorować dno z Knicks, by jakiś Janusz z Polski wirtualnie poklepał go po plecach i powiedział: "super zrobiłeś"? :rugby:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

Lojalność? Taki Porzingis ma dwadzieścia lat szorować dno z Knicks, by jakiś Janusz z Polski wirtualnie poklepał go po plecach i powiedział: "super zrobiłeś"? :rugby:

wypowiedź godna sezonowca :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

wypowiedź godna sezonowca :grin:

???

 

Wypowiedź godna osoby potrafiącej jakoś wczuć się w zawodnika, przynajmniej na czas głosowania w BeGM ;)

 

Fajne są historie o karierze w całej drużynie (Duncan czy Giggs), ale to jest łatwe będąc w zespołach, które są na topie. Gorzej jak trafisz do organizacji, w której o ten tytuł ciężko i nie wiem czemu ktoś miałby się męczyć całą karierę w przeciętnej drużynie i nigdy tego mistrzostwa nie zdobyć dla zapisania się w historii jako lojalny zawodnik zespołu x.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

???

 

Wypowiedź godna osoby potrafiącej jakoś wczuć się w zawodnika, przynajmniej na czas głosowania w BeGM ;)

 

Fajne są historie o karierze w całej drużynie (Duncan czy Giggs), ale to jest łatwe będąc w zespołach, które są na topie. Gorzej jak trafisz do organizacji, w której o ten tytuł ciężko i nie wiem czemu ktoś miałby się męczyć całą karierę w przeciętnej drużynie i nigdy tego mistrzostwa nie zdobyć dla zapisania się w historii jako lojalny zawodnik zespołu x.

Nie wiesz co mówisz. Przykład prosty z brzegu to Karl Malone, John Stockton. Od strony piłki - Francesco Totti, Steven Gerrard. Ich drużyny rzadko kiedy były na TOPIE (albo wcale). Nie, nie liczę przygody Karla z Lakers, bo miał ponad 40 lat i chciał wygrać mistrzostwo. Dziwię się, a jednocześnie mam bekę z ludzi, którzy nie widzą w tym piękna. W lojalności. Widocznie przyjaciół się nie ma.

btw - a co mnie obchodzi głosowanie w BeGM? Mówimy o realnym świecie...

Edytowane przez eF.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gerrard wygrał Ligę Mistrzów. Totti był mistrzem Włoch. Obaj dość regularnie meldowali się w czołówce w swoich ligach.

 

Malone ze Stocktonem w Jazz grywali w finałach NBA.

 

Nie są to kariery usłane sukcesami jak Giggs czy Duncan, ale każdy z nich wygrał coś poważnego i zwykle był w czołówce ligi.

 

Shadowy, pisał o Porziginsie i Knicks i jeśli do końca jego drugiej umowy z NYK jego zespół nie zagra choćby w Finale Konferencji to nie wiem czemu Łotysz miałby tam zostać na dłużej. W imię czego?

 

Lojalność to fajna historia, ale tak jak pisałem w mocnym zespole. W drużynie przeciętnej czy słabej to tylko marnowanie swojej kariery i pójście na łatwiznę, bo zamiast walki o poważne cele wystarcza statusu local hero.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mi to wszystko hipokryzja zajezdza.

Lebron odchodzi z Cleveland do Miami: palenie koszulek, gwizdy itp.

Handluja Derozanem: placz, pi****lenie ze jak tak mozna itp.

Ludzie, to jest biznes. Gracze odchodza bo chca wygrac mistrzostwo/wiecej zarobic albo sa trejdowani z roznych powodow.

Wskazcie mi gracza NBA ktory byl "lojalny" dla jednego klubu przez cala swoja kariere. Wiekszosc albo dostala tlusty kontrakt albo zawsze byli w czolowce.

Nawet Garnett siedzial w Minessocie tylko dlatego ze dali mu olbrzymi jak na tamte czasy kontrakt a i tak w koncu zdecydowal sie odejsc zeby powalczyc o tego misia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

Stockton i Malone niczego nie wygrali więc jak Porzingis niczego nie wygra w Knicks to jest głupi? Daj spokój, bo chyba nie o to Ci chodziło. Sukcesy sukcesami, ale lojalność to coś czego nie kupisz. Dlatego jak dla mnie to równie ważne co tytuły. Oczywiście względem tych, którzy lojalni byli, bo jak nie byli to nie zmienia ich wartości jako sportowców. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z tym DeRozanem to generalnie śliski temat, bo koleś niby wziął jakieś 10 mln mniejszy kontrakt niż by mógł, ale dalej zarabia jakieś 70/5 za dużo, i niby powiedzieli mu, że go nie wyhandlują, ale co mieli mu powiedzieć? "Jak trafi się nam okazja to chętnie się Ciebie pozbędziemy, bo jesteś ciotą w playoffach, ale jak nie to w sumie perspektywa 53W i Twojego dania dupy w playoffach nie jest taka zła, hello, to LeBronto, więc nie przejmuj się, Demar''? Nie mieli oddawać bieda-pseudo-franchise playera, bo chce spędzić w Toronto całe życie? Pewnie prawdą jest, że Toronto na tym straci, bo tak się nie traktuje gwiazd, ale to mocno sytuacja bez wyjścia, bo DeRozan de facto nie jest żadną gwiazdą. Wiadomo, że jednak nie trzeba było go traktować jak jakiegoś Normana Powella, ale nie wiem czy wiele by tutaj to zmieniło w żalach do organizacji z jego strony.

 

Generalnie szeroki wątek, ja tam nawet rozumiem tych zawodników, bo dla nich NBA to jest całe życie, taki Isaiah grał z kontuzją w playoffach, więc na jego miejscu pewnie czułbym się podobnie, bo może uniknąłby bycia Michaelem Beasleyem NBA gdyby dał sobie wtedy spokój, ale kibice to jest większy rak na tym punkcie.

 

"Poleciał za kasą zamiast zostać u nas" gdy zawodnik X podejmuje racjonalną decyzję zarobkową, którą każdy random podejmuje kilka razy w życiu

"Wymusił trade, a tyle zawdzięcza klubowi'' gdy w większości przypadków zawodnik X trafił do organizacji Y bo go wybrali w drafcie i normalnie nawet nie pomyślałby, żeby tam iść, ale w NBA panują jakieś quasi-komunistyczne zasady żeby to w ogóle mogło funkcjonować

 

etc.

 

I oczywiście jeszcze typowe ''od bohatera do zera'', patrz hejtowanie Haywarda przez fanów Jazz ''bo za późno podjął decyzję i nie mogliśmy podpisać nikogo dobrego w zamian'' (sic) czy klasyka z paleniem koszulek LeBrona.

 

Ale generalnie tutaj jest progres, dekadę temu nawet jak ktoś grał w jakimś bieda-teamie to przeważającą (albo mocno przebijającą się) narracją było ''szmaciarz wymusza wymianę, pojebao go do końca'', teraz jakoś od dwóch lat gdy wiadomo że z Pels nic nie będzie ludzie tylko czekają aż w końcu Davis trafi do normalnej organizacji i zaraz podobnie będzie z Dżianisem. Poza skrajnymi przypadkami a'la Kawhi (któremu jednak coś odwaliło, ostatnio mi mignęło, że Kawhi ma najlepsze win ratio EVER w RS z graczy over kilkaset meczów) tak jakby więcej zrozumienia, że ci ludzie marnują sobie kariery w tych wszystkich Nowych Orleanach i już nie trzeba marnować prawie całego ~top15 alltime prime'u jak Garnett żeby dostać rozgrzeszenie za wymianę czy kontrakt w innym miejscu.

Edytowane przez BMF

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

Mi to wszystko hipokryzja zajezdza.

Lebron odchodzi z Cleveland do Miami: palenie koszulek, gwizdy itp.

Handluja Derozanem: placz, pi****lenie ze jak tak mozna itp.

Ludzie, to jest biznes. Gracze odchodza bo chca wygrac mistrzostwo/wiecej zarobic albo sa trejdowani z roznych powodow.

Wskazcie mi gracza NBA ktory byl "lojalny" dla jednego klubu przez cala swoja kariere. Wiekszosc albo dostala tlusty kontrakt albo zawsze byli w czolowce.

Nawet Garnett siedzial w Minessocie tylko dlatego ze dali mu olbrzymi jak na tamte czasy kontrakt a i tak w koncu zdecydowal sie odejsc zeby powalczyc o tego misia.

Biznes biznesem, ale legendy istnieją i mają się dobrze. Bez nich każda organizacja była by tylko biznesem i można by położyć na nich ch*j. Innymi słowy kto by kibicował wydmuszkom? 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ciekawe że o lojalności mówi się głównie w kontekście all starów super starów.

A nic nie wspomina się o lojalności rollsów czy gości siedzących na końcu ławki.

Przecież taki gość też może mieć jakieś uczucia do klubu, miasta, lojalność, nadzieje, oczekiwania a to właśnie tacy przeciętniacy są najczęściej handlowani bez pardonu.

I jak sprzedają takiego bolka (albo w drugą stronę jak koleś podpisuje z nowym klubem kontrakt) to pies z kulawą nogą nie interesuje się co on o tym myśli.

No ale jak jesteś super starem to masz grać w jednym klubie do końca życia - nawet jak ty tego klubu nie wybierałeś tylko klub wybierał ciebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

Wizytówką klubu Chicago Bulls był niejaki Michael Jordan, a nie Bill Wennington (z całym szacunkiem). Czemu to piszę? Bo sam sobie odpowiesz na własne pytanie względem tych "bolków", tadam :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak już wspominasz o Jordanie i całej tej starej ferajnie z czasów "lojalności"

Jordan też miał akcje typu sprzedajcie mnie jeśli zrobicie/nie zrobicie tego.

Jordan to miał dużo szczęścia że w drafcie jak magik z kapelusza Chicago wyciągnęli dobrych graczy bo inaczej losy mogłyby się inaczej potoczyć

(Garnett w Minessocie, Barkley w 76ers) i raczej o 6 misiach mógłby zapomnieć w Chicago.

Olajuwon swego czasu też żądał trade bo przez większość kariery robił wypad w pierwszej rundzie PO.

 

Jeszcze jakieś lakersy czy Celci z lat 80-tych wspominali coś o lojalności.

Fajnie jest grać w zespołach które mają bogatą tradycję wyruchania reszty ligi w drafcie, podpisywaniu wielkich FA, tworzenia super teamów.

Łatwo jest mówić o lojalnośći jak grasz w przec***owym teamie.

No ale jakby jeden z drugim wylądowali w takiej Minnesocie to pewnie inaczej by mówili.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lojalność ... Idziesz tam gdzie:

- masz lepsze perspektywy

- lepszą atmosferę w pracy

- lepszą kasę ( ten czynnik nie wiem jak bardzo istotny bo gdybym zarabiał nawet te 5mln USD na rok to bym nie płakał ale każdy ma swoje priorytety i dla niektórych to dużo a dla innych grosze).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wizytówką klubu Chicago Bulls był niejaki Michael Jordan, a nie Bill Wennington (z całym szacunkiem). Czemu to piszę? Bo sam sobie odpowiesz na własne pytanie względem tych "bolków", tadam :smile:

 

A jednak kibice z Oklahoma City będą szanować i długie lata wspominać takiego bolka jak Nick Collison.

 

Lojalność gracza do klubu jest fajna i pewnie większość z zawodników wolałaby grać w jednym klubie i budować sobie historię w jednych barwach. Także dlatego, że NBA to biznes a lojalność też jest w cenie. Od zawsze byłem fanem Shaqa i naprawdę wolałbym by całą karierę siedział w Orlando albo został w Lakers do emerytury. Tak mam.

Tyle, że czasem pojawią się czynniki, które powodują, że siedzenie w jednym klubie uwiera. Po pierwsze i najważniejsze - gracz zaczyna karierę nie tam gdzie sobie wymarzył tylko tam gdzie go los rzucił. Po drugie rozumiem zawodników, którzy odchodzą z klubów, których management nie daje z siebie wszystkiego - James (Cavs - tylko za pierwszym razem), Garnett (Min).

Jakoś nigdy nie byłem fanem Paula Pierce'a ale szanuję, że gość siedział w tym marnym Bostonie tyle lat, pomimo, że pewnie wolałby zachodnie wybrzeże i czekał, aż jakiś cud się wydarzy. I nawet jak już na starość odszedł to Celtics tylko na tym skorzystali. Tyle, że gdyby Garnett nie znudził się Minnesotą to jego lojalność nie dałby mu nic poza lokalnym szacunkiem bo szeroki świat dostrzega lojalność gracza wtedy, gdy odnosi on sukces. Wtedy jest cmokanie i wspominanie lojalnej legendy klubu.

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pytanie: czy zawodnik jest bardziej prawdopodobny do pozostania w drużynie do końca swojej kariery po 2/5/10 latach gry w tej samej drużynie?*

 

wiLQ, nie robiłeś kiedyś analizy tego?

 

*Nieprzypadkowo nie użyłem słowa lojalność bo przydałoby sie je najpierw zdefiniować.

Edytowane przez karl

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lojalność ... Idziesz tam gdzie:

- masz lepsze perspektywy

- lepszą atmosferę w pracy

- lepszą kasę ( ten czynnik nie wiem jak bardzo istotny bo gdybym zarabiał nawet te 5mln USD na rok to bym nie płakał ale każdy ma swoje priorytety i dla niektórych to dużo a dla innych grosze).

Bang mister, 100% prawdy

Gra w kosza to ich robota, a do roboty sie chodzi by hajs kosić

Lojalność sprawdza się pod trzepakiem jak się za bajtla w kambojów bawisz

Lojalność względem pracodawcy/pracownika jest podrzedna względem lojalności w rodzinie, wśród bliskich

Wczoraj u Tonego Bourdaina jedna włoszka fajnie powiedziała

My tworzymy idoli i my ich potem niszczymy

Tyle, że to "my" w dwóch częściach zdania to zwykle dwie rozne strony barykady

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość eF.

Jedni grają tylko dla pieniędzy i są najemnikami, drudzy widzą w tym coś więcej. I jedno i drugie jest okej. Zależy kto ma jakie priorytety, wiadomo. Jak dla mnie lojalność to coś pięknego, bo rzadko występuje. Dlatego mam wielki szacunek do takiego Dirka chociażby. Dzięki takim graczom jak on i tym z przeszłości drużyny mają swoją tożsamość. Mają swoja markę. Mają swoich fanów. Tych prawdziwych - na dobre i na złe. To też lojalność. Takie rzeczy się ceni.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.